Plotki - plotki

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
Nowotarżanka Klaudia Batkiewicz w maju br. zwyciężyła w konkursie na
najpiękniejszą nowosądeczankę. Nagrodą była polisa ubezpieczeniowa w wysokości 50 mln
starych złotych, którą miała ufundować firma Amplico. Od prawie pięciu miesięcy miss
nowosądecczyzny oczekuje na nagrodę.
Miss na lodzie
1 maja br. w nowosądeckim kinie "Sokół" wybrano miss województwa nowosądeckiego. Została nią 20-letnia
nowotarżanka Klaudia Batkiewicz. Niemal wszystkie gazety informowały wówczas o sukcesie młodej
dziewczyny. Główna nagroda przypadła także Sylwii Stafińskiej z Wielogłowów koło Nowego Sącza, która
do wyborów stawała jako kandydatka na miss nastolatek. Organizatorem imprezy było biuro organizacyjne
Miss Polski we współpracy z Wojewódzkim Ośrodkiem Kultury.
Nagrodą za zwycięstwo była polisa ubezpieczeniowa o wartości 50 mln starych złotych ufundowana przez
firmę Allfinanz, reprezentującą znaną firmę ubezpieczeniową Amplico, a dokładnie przez jej nowotarskiego
przedstawiciela Piotra Paleja. Jeszcze w dniu wyborów Klaudia i Sylwia otrzymały ankiety, które kilka dni
później wypełniły i wysłały do Warszawy.
Obiecanki - cacanki
Upływały kolejne miesiące i obie dziewczyny oczekiwały na nadejście nagród. - Dzwoniłam wielokrotnie do
przedstawiciela firmy Amplico, Piotra Paleja. Po prostu nie mogłam się doczekać - opowiada Klaudia. -
Któregoś dnia przyjechał do mnie z nową ankietą, tym razem PZU, o wartości 90 mln st. zł. Znowu została
ona wysłana do Warszawy. Polisa do dzisiaj nie nadeszła. W następnej rozmowie z Piotrem Palejem
dowiedziałam się, że prawdopodobnie nagrody nie dostanę.
Piotr Palej winą za całe nieporozumienie obarcza organizatorów wyborów w Nowym Sączu. Jego firma nie
jest zadowolona z reklamy: nie było ich logo m.in. na folderach.
Balbina Wołongiewicz z działu promocji i reklamy Amplico Life w Warszawie twierdzi, że Piotr Palej nie ma
prawa reprezentować jej firmy. - Jest on przedstawicielem Allfinanz - firmy pośredniczącej w zawieraniu
umów Amplico i swoimi poczynaniami podważa reputację naszej firmy. Nie możemy brać odpowiedzialności
za jego poczynania - dodaje.
Komu radość
Jak wytłumaczyć fakt, że Piotr Palej reprezentował firmę Amplico?
- To wszystko są pomówienia. My cały czas reprezentowaliśmy i reprezentujemy firmę Allfinanz i nie jest w
naszym interesie reklamować Amplico, czy jakiekolwiek inne towarzystwo ubezpieczeniowe, tylko własną firmę
- mówi sam zainteresowany. - Nasza firma zajmuje się sprzedażą polis różnych towarzystw. To organizatorzy
przedstawili nas jako przedstawicieli Amplico. Jak uzgadnialiśmy telefonicznie z organizatorami - mieliśmy
przekazać Miss Nowosądecczyzny i Miss Nastolatek polisę na sumę ubezpieczenia 5000 zł. Dopiero w dniu
wyborów zauważyliśmy, że reklamy firmy Allfinanz nie ma na plakatach, folderach - po prostu nigdzie. Była
to ewidentna wina organizatorów. Tak samo niedopatrzeniem było to, że nie podpisywaliśmy z nikim żadnych
umów. Wszystko ustalone było na zasadzie ustnej umowy. Aby uniknąć dalszych nieporozumień i pomówień,
Klaudia podpisała dokument potwierdzający, że nie rości już do nas żadnych pretensji. Nagrodę oczywiście
dostanie. Nasza firma po tych wszystkich perypetiach zrezygnowała z oferowania nagród na jakichkolwiek
imprezach.
Ja i tak wyjeżdżam
Innego zdania są organizatorzy wyborów miss nowosądecczyzny. - To prawda, przyjechał jakiś człowiek,
który oświadczył że reprezentuje firmę ubezpieczeniową. Logo swojej firmy chciał na ksero powiększać z
wizytówki do formatu afisza. Miał go później powiesić na sali kina Sokół. Dzisiaj ma do wszystkich pretensje
- powiedziano nam w Wojewódzkim Ośrodku Kultury.
25 października Klaudię Batkiewicz czekają kolejne wybory. Tym razem Miss Polski. Ma nadzieję, że
obejdzie się już bez tego rodzaju przygód. Po konkursie najprawdopodobniej wyjedzie za ocean, gdzie jest już
jej chłopak. Otrzymała propozycję pracy w telewizji polonijnej w Chicago.
Ewa Zych

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
11 września Prokuratura Rejonowa w Nowym Targu skierowała do sądu
wojewódzkiego akt oskarżenia przeciwko Halinie M. 37-letnia mieszkanka Szczawnicy,
matka dwojga dzieci (dwu i dziewięcioletniego) została oskarżona o zamordowanie swego
konkubina.
Nożem w serce
Halina M. spotkała Kazimierza G. trzy lata temu na Śląsku, gdzie odbywał kolejną karę pozbawienia
wolności za kradzież. Po pewnym czasie zamieszkali razem w mieszkaniu Kazimierza w Szczawnicy. Jednak
wspólne życie nie spełniło oczekiwań pani M. Nie pobrali się, gdyż Halina nie uzyskała rozwodu z
poprzednim małżonkiem.
Znęcanie
Bezrobotny konkubin często wracał do domu pijany. Wtedy dochodziło do awantur, które nierzadko kończyły
się pobiciem kobiety. Gdy był trzeźwy, znęcał się nad nią psychicznie - groził wyrzuceniem z domu. Dla
Haliny M. było to poważne zagrożenie. Sama wychowała się w domu dziecka. Nigdy nie miała własnego
kąta. Bojąc się kolejnych awantur i wyrzucenia z domu, pisała do różnych instytucji. Jej prośby kierowane do
domów samotnej matki, gdzie chciała się schronić wraz z dziećmi, pozostawały wciąż bez odpowiedzi.
Rok temu, po kolejnej awanturze domowej, poroniła. Sprawa trafiła do sądu. Kazimierz G. za znęcanie został
skazany na półtora roku... w zawieszeniu na trzy lata. Udręka kobiety trwała nadal.
Deską w twarz
23 czerwca tego roku, konkubin wraz ze swoim krewnym, pił w domu alkohol. Gdy wódki zaczęło
brakować, zażądał pieniędzy od konkubiny. Jednak Halina, która musiała utrzymać dom i cztery osoby z
zasiłków (otrzymywała 320 zł miesięcznie), odmówiła. W tym momencie rozwścieczony uderzył ją deską w
twarz. Wychodząc dodał, że to jeszcze nie koniec... Wrócił po kilku godzinach jeszcze bardziej pijany. Od
razu doszło do szamotaniny. W tym momencie kobieta nie wytrzymała - w zasięgu ręki znajdował się nóż
kuchenny. Zadała tylko jeden cios - w samo serce. Śmiertelny. Nóż przebił serce i spowodował krwotok
wewnętrzny. Jak stwierdził lekarz - zgon nastąpił w ciągu kilku minut.
W trakcie zeznań w prokuraturze oskarżona stwierdziła, że nie wiedziała, iż zabiła swego konkubina. Jednak
wytarła nóż i wyrzuciła go do paleniska, po czym starła ślady krwi z boazerii. Dopiero po kilku godzinach,
gdy Kazimierz G. nadal nie dawał żadnych oznak życia, zadzwoniła po pogotowie. Lekarz stwierdził zgon,
we krwi denata wykryto 1,6 promila alkoholu.
Uprzywilejowane zabójstwo
Halina M. początkowo nie przyznawała się do zarzucanego czynu. Twierdziła, że cios nożem zadała inna
osoba. Nie została aresztowana. Jak twierdzi prokurator, pozostawienie dwójki dzieci bez opieki matki byłoby
niehumanitarne. Dla kobiety była to również osobista tragedia.
Halina M. będzie przed sądem odpowiadać za spowodowanie zabójstwa. Za czyn ten grozi kara od 1 do 10 lat
pozbawienia wolności. Zbrodnia była jednak dokonana pod wpływem silnego wzburzenia i częściowego
ograniczenia poczytalności - tzw. Äuprzywilejowane zabójstwo". Z tego względu możliwe jest złagodzenie
wyroku.
Józef Figura

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
Zjazd Młodzieży Studiującej w Ludźmierzu
Nie przecinaj korzeni
29 września odbędzie się w Ludźmierzu spotkanie młodzieży studiującej z Podhala, Orawy i Spisza.
Przy Zarządzie Głównym Związku Podhalan w Zakopanem powstanie też baza danych gromadząca
informacje na temat studentów i absolwentów pochodzących z naszego regionu.
-Podstawowym problemem, jest coraz mniejsza liczba młodzieży studiującej, pochodzącej z naszego regionu.
Obecnie jest ich mniej niż przed wojną. Stąd pomysł, by zebrać ich wszystkich, usłyszeć, jakie maja problemy,
zachęcić, by pracowali dla Podhala, żeby ich prace dyplomowe wiązały się z regionem, a także stworzyć coś
w rodzaju Älobbingu młodzieżowego" - powiedział inicjator tego spotkania, poseł Andrzej Makowski-
Gąsienica.
Związek Podhalan wraz z Podhalańskim Związkiem Gmin będzie starał się zebrać informacje na temat ilości
młodzieży studiującej, kierunkach i specjalizacjach. Przy siedzibie Zarządu Głównego ZP w Zakopanem
powstanie też archiwum, do którego będą trafiały prace dyplomowe, tematycznie związane z Podhalem.
ZP i PZG będą w przyszłości pomagać też w wyborze tematu pracy, która mogłaby się przysłużyć np.
samorządowi. ZP będzie też zbierał oferty i pośredniczył w znalezieniu pracy przez absolwentów wyższych
uczelni, którzy zechcą powrócić do rodzinnych stron.
W planach jest też założenie fundacji na rzecz kształcenia młodzieży, która wspomagającej finansowo osoby,
których nie stać na podjęcie studiów wyższych. Podczas ostatniego pobytu w Chicago, poseł A. Gąsienica-
Makowski rozmawiał z władzami tamtejszego Związku Podhalan, które wyraziły wstępną aprobatę dla tego
pomysłu i obiecały pomoc.
29 września - w dzień św. Michała w Ludźmierzu odbędzie się I spotkanie studiującej młodzieży.
Zaproszenie dotyczy także tych mieszkańców Podhala, Orawy i Spisza, którzy w ciągu ostatnich trzech lat
ukończyli studia wyższe. Spotkanie rozpocznie się od Mszy Św. o g. 11. Półtorej godziny później w
ludźmierskim Domu Podhalańskim odbędą się ÄPosiady juhaskie". Rozpocznie je wykład ks. prof. J.
Tischnera - ÄW poszukiwaniu tożsamości". W programie są też ÄBabcyne przykozy" Krzesnomatki Wandy
Czubernat, a także spotkanie z burmistrzami i wójtami, przedstawicielami PZG i działaczami Związku
Podhalan. O g. 14.30 rozpocznie się watra z poczęstunkiem, muzyką i wspominkami, a o g. 16.00 wystąpi
rodzinna muzyka Trebuniów-Tutków z Białego Dunajca.
Wybór daty spotkania na 29 września nie jest przypadkowy. Jest to bowiem początek jesiennych redyków, a
jak nam powiedział poseł A. Gąsienica-Makowski Ämłodzi idą na juhaskę do szkół".
Beata Zalot

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
"Te syćkie gorsety..."
Musisz mieć staroświecki gorset, taki jak Paliderka i do tego staroświecką bluzkę - powiedziała babcia
Klementynka, kiedy przyszłam radzić się jaki ma być Ämój" strój góralski. I w wieku 92 lat siadła do
maszyny, uszyła serdak i bluzkę, które do dziś wzbudzają zachwyt niejednej podhalańskiej gaździny.
Klementyna Fąfrowicz, bo o niej tu mowa, urodziła się 23 listopada 1893 r. w Polanach, w dzisiejszych
Kościeliskach. Od najmłodszych lat Äsiadała do igły". Ojciec jej, Stanisław Fatla, był bowiem słynnym
krawcem góralskich portek i cuch, mama Karolina (uczennica szkoły koronkarskiej im. Modrzejewskiej)
tworzyła niepowtarzalne hafty parzenic. Mała Klementynka pierwsze kroki stawiała więc pod okiem
rodziców.
Miała sześć lat, kiedy zaczęła uczęszczać do szkoły. Była to czteroklasowa szkoła w Kościelisku. Poza
podstawowymi przedmiotami dziewczęta uczyły się haftu, szycia, cerowania, szydełkowania, dziergania
dziurek, szycia obrąbków i zakładek. Oto co pisze o tamtych latach babcia Klementyna w swoim
pamiętniku:
ÄDziało się to za czasów Franciszka Józefa, jego portret wisiał razem z mapą Galicji. Zawsze przed
rozpoczęciem lekcji odmawialiśmy modlitwę. Ojcze nasz. Zaś na lekcji śpiewu uczono nas pieśni: Boże
wspieraj, Boże ochroń nam cesarza i nasz kraj, tarczą wiary rządy osłoń, państwu jego siłę daj. Bo z
Habsburgów tronem złączon jest na wieki Austrii los! Nasza nauczycielka, pani Rajcher, widząc moje
zdolności, namawiała rodziców, żeby mnie posłali na dalszą naukę do gimnazjum, ale za to trzeba było
płacić, a rodziców nie było na to stać. Rodzice skupowali grunty, rodzeństwa przybywało (...)"
W wieku czternastu lat Klementyna została przyjęta do pracowni stroju góralskiego w Zakopanem przy ul.
Kościeliskiej - na naukę szycia. W owym czasie był to pierwszy i jedyny sklep z pracownią stroju góralskiego
na Podhalu. Właścicielka, Rozalia Tatarowa, słynna zakopiańska krawcowa zwana po góralsku Äkatoniarką"
miała cztery uczennice. Szyły spódnice, zapaski, katanki (damskie bluzki), kaboty (marynarki) i koszule
męskie. Nauka Klementyny trwała 3 lata. Później Rozalia Tatarowa widząc zdolności młodej dziewczyny
uczyniła ją swoją Äprawą ręką" i Klementyna zaczęła zarabiać.
ÄMoja szefowa - wspomina - używała mnie do wszystkiego, bo też byłam jej prawą ręką w pracowni i w
sklepie, nawet niedzieli wolnej nie miałam. Pomagałam w sklepie, który w niedzielę był otwarty, bo
gaździny w niedzielę przychodziły po zakupy. Moim obowiązkiem było wydanie zamówionego szycia i
przyjęcie zamówień. Katoniarka przyjmowała pieniądze za sprzedany towar, albo zapisywała na książkę
udzielane przez nią kredyty dla gaździn, które stale u niej ubrania kupowały. Dużo kobiet ze wsi z tego
korzystało.
Klementyna przepracowała u Tatarowej 10 lat. Po wyjściu za mąż, za Andrzeja Fąfrowicza i 15 letnim
pobycie w Maruszynie powraca do Zakopanego, żeby tu osiąść na stałe. Tu buduje na Blachówce swój dom,
wychowuje sześcioro dzieci i dalej szyje góralskie stroje. Uczy też kroju i szycia młode dziewczęta.
Z biegiem lat Klementyna Fąfrowicz szyje najpiękniejsze damskie serdaki i męskie koszule. Ubiera m.in.
wszystkich Wawrytków: Wojtka, Józka, Kubę i Jędrka, Äobsywa" nie tylko zakopianów, ale także górali z
okolicznych wsi. Do dziś nosi się kaboty (męskie bluzy), które zaprojektowała po I wojnie światowej -
Äcoby góral wyglądał zgrabnie".
W tym roku, 21 września minie piąta rocznica jej śmierci. Zmarła w wieku dziewięćdziesięciu ośmiu lat.
Należała do Stowarzyszenia Twórców Ludowych, była Honorowym Członkiem Związku Podhalan, brała
udział (w wieku 84 lat!) w występach zespołu ÄPOLONIARZE" z Kościelisk, urządziła na zaproszenie
Muzeum Tatrzańskiego wystawę swych strojów góralskich. Była jedną z ostatnich która wiedziała, że kiedyś
dołem spódnicy były co najmniej trzy rzędy taśmy wkoło! I kochała do końca swych dni
"... te syćkie gorsety,
spódnice i bluzki,
koszulki i halki,
zapaski, kozuski,
toz to przecie syćko
malowane lalki.
Oko sie raduje,
kie to wyobłapio
bólu sie nie cuje
z radości by zapioł".
Fragment wiersza napisanego dla Klementyny Fąfrowicz przez Adama Doleżuchowicza.
Jaśmina Strzelecka

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
Ochotnicy
IV
Miasto jeszcze spało, gdy w pełnym rynsztunku opuszczaliśmy rejon skoszarowania. Maszerowaliśmy już w
hełmach zafasowanych dnia poprzedniego wraz z nabojami po sto sztuk na łebka. Zanim doszliśmy do linii
okopów, na horyzoncie od strony Tatr pojawił się niemiecki samolot zwiadowczy. Jego załoga czuła się
widać bezpiecznie, bo samolot leciał bardzo nisko, tak że widzieliśmy na jego płatach czarne krzyże
rozpoznawcze. Po chwili znikł nam z oczu w pobliżu Gorców. Spiesznie zajęliśmy stanowiska w okopach.
Byli już w nich żołnierze innych plutonów naszej macierzystej 8 kompanii KOP.
Na razie nic szczególnego się nie działo poza tym, że pojawił się w jakiś czas po pierwszym samolocie, drugi
zwiadowca, równie bezczelny jak tamten. I on uszedł bezkarnie, choć ze stanowiska karabinu maszynowego
oddano do niego długą serię strzałów. Strzelaliśmy i my z naszych zwykłych karabinów. Może nie było to
rozsądne, ale jakże mogliśmy przepuścić wrogi samolot i to lecący tuż nad naszymi głowami?
Mijały godziny, w napięciu oczekiwaliśmy na pojawienie się wroga. Co jakiś czas ktoś z miasta donosił
wiadomości, a to że Niemcy zajęli już Czarny Dunajec, a to że nasi wycofują się spod Zakopanego i z rejonu
Niedzicy. Nie były to wieści krzepiące tym bardziej, że coraz bliżej słychać było dudnienie strzałów
armatnich, dochodzących gdzieś od strony Czarnego Dunajca, zwielokrotnione echem odbijającym się od gór.
W godzinach popołudniowych kanonada wyraźnie się wzmogła i jakby jeszcze bardziej przybliżyła. Kiedy
kanonada huczała już całkiem blisko, na torze kolejowym na skraju lasu, pojawił się niemiecki pociąg
pancerny. Stalowe cielsko poruszało się wolno, jak gdyby rozglądało się za najbardziej smakowitym kąskiem.
- Wycofujemy się - padł rozkaz w okopach, podawano go z ust do ust na całej linii. Lufy naszych karabinów
nawet nie zdołały się jeszcze rozgrzać, a my już się wycofujemy. Wyskakujemy z okopów i biegiem
podążamy Ägęsiego" pod osłoną domów do centrum miasta, potem przez most na Czarnym Dunajcu,
przynaglani przez stojącego za nim sapera, bo za chwilę - jak krzyczy - most wyleci w powietrze.
Zdążyliśmy, biegniemy polami zostawiając po lewej stronie szosę krakowską w kierunku Klikuszowej. Za
chwilę usłyszeliśmy potężną eksplozję, to saperzy - po przepuszczeniu ostatnich żołnierzy - detonowali
ładunki pod mostem.
Niestety jak się potem okazało, saperzy w pośpiechu robotę spartaczyli. Most został tylko uszkodzony.
Poszukując po latach dokumentów wydarzeń z tamtych dni, odnalazłem w Archiwum Państwowym Nowego
Targu protokół z posiedzenia Rady Miejskiej, odbytego w dniu 15 października 1939 roku, o godzinie 14.00.
Oto jego fragment odnoszący się do dnia 1 września:
Ä/.../ około godziny 16.30 wkroczyły do miasta oddziały pancerne wojsk niemieckich, zajmując najpierw
stację kolejową, a następnie posunęły się do śródmieścia, zajmując kolejno całe miasto. Tuż przed
wkroczeniem wojsk niemieckich został wysadzony w powietrze przez oddziały policyjne most kolejowy,
następnie podpalony most na ul. Waksmundzkiej, wreszcie częściowo wysadzony most betonowy na Czarnym
Dunajcu.
Tak przed miastem, jak też w samym mieście żadnych walk ulicznych nie było, również oddziały wojskowe
usadowione na Kowańcu nie stawiały poważniejszego oporu zwłaszcza, że nie posiadały żadnej broni
przeciwpancernej ani artylerii.
W czasie wkraczania oddziałów niemieckich, wybuchł na ul. Ludźmierskiej obok zapory betonowej na
Młynówce pożar, od rzuconej z niemieckiego czołgu bomby. Strawił kilka budynków mieszkalnych, mimo
inwenterwencji Straży Pożarnej, której władze niemieckie zezwoliły wyjechać na ugaszenie pożaru".
Widzieliśmy ze wzgórza pod Niwą płonące budynki, wydawało nam się wówczas, iż płonie całe miasto. Nie
było jednak czasu na zastanawianie się, która jego część była najbardziej zagrożona. Spoceni, zziajani,
zmęczeni ostrym biegiem, dopadliśmy skraju lasu. Porucznik zarządził chwilę odpoczynku. Trwała zaledwie
kilka, może kilkanaście minut.
Któryś z żołnierzy w pozycji półleżącej, wsparty plecami o tornister, którego zdjąć nie było wolno, chwalił
się piękną, lśniącą szablą. Kiedy przebiegał ul. Szaflarską, po wycofaniu się z okopów, podbiegł do niego
jakiś cywil i wcisnął mu w dłoń skrytą w pochwie szablę ułańską. ÄWeź - powiedział - mnie ona już na nic,
wam się jeszcze może przydać".
V
Była już późna noc, kiedy zbliżaliśmy się w rejon Rabki, do miejsca koncentracji naszej kompanii. Tu
znajdowało się dowództwo I pułku KOP, w którego skład wchodziła nasza kompania. Okazało się, że z
pomocą wojskom walczącym na Podhalu przyszły oddziały kawalerii zmotoryzowanej. Wprawdzie niewiele
nam to wówczas mówiło, jako że każdemu Polakowi z pojęciem kawalerii kojarzy się nieodmiennie ułan na
koniu, władający wyśmienicie kilkumetrową lancą. Niemniej warkot Äkoni", ujarzmionych w stalowych
pudłach, uznaliśmy za zjawisko wielce krzepiące, wyraźnie dodatnio wpływające na nasze nieco już
nadszarpnięte żołnierskie samopoczucie.
Pod Ponicami przeszliśmy prawdziwy chrzest bojowy. Wczesnym rankiem, 2 września, znaleźliśmy się w
okopach. Nie był to właściwie długi ciąg okopów, lecz pojedyncze głębokie doły odległe od siebie o parę
metrów, mogące pomieścić kilku tylko żołnierzy w pozycji stojącej. Niestety, dość szybko wymacała nas
niemiecka artyleria, potem czołgi i wreszcie karabiny maszynowe, siekące z krótkimi tylko przerwami.
Niemcy coraz celniej wstrzeliwali się w nasze pozycje, odgryzaliśmy się im wedle naszych możliwości, a
były one w rejonie naszych stanowisk - raczej mizerne. W tej sytuacji nawet nie mogliśmy liczyć na
opuszczenie naszych okopów, gdyby nawet padł taki rozkaz.
Pamiętam, jak znajdujący się w naszym dołku żołnierz czynnej służby wojskowej, a więc taki, który przeszedł
już sporo ćwiczeń bojowych, nie wytrzymał nerwowo. W pewnej chwili zaczął grzebać po kieszeniach,
odnalazł w nich jakieś zdjęcie i cały drżący bełkotał: Ä...Żegnajcie, już was nigdy nie zobaczę!". Chyba
płakał, bo skulony na samym dnie okopu drżał jak liść osiki. Czyżby przeczuwał śmierć? Nie znałem jego
nazwiska, nie wiem co się z nim stało, w każdym razie więcej już go nie widzieliśmy, chociaż szczęśliwie
udało nam się wszystkim wydostać z pułapki w czasie jakiejś przerwy w kanonadzie.
Nieprzyjaciel parł naprzód wszystkimi swoimi siłami, których my - na szczęście - nie znaliśmy.
Dowództwo, widać miało lepsze rozeznanie, bo szybkimi przerzutami żołnierzy raz po raz organizowało
nowe punkty oporu. Niewyspani, zmęczeni do granic wytrzymałości nocnymi marszami, słabo
orientowaliśmy się, gdzie wyznaczono nam nowe stanowiska bojowe. To zresztą nie było dla nas wtedy
ważne. Obraz przebytych walk rysował się nam jaśniej dopiero z perspektywy dnia następnego, kiedy padały
nazwy konkretnych miejscowości, gdy w chwili odpoczynku rozwiązywały się języki, a znajdujący się w
pobliżu dowódca dzielił się swoimi uwagami i oceną sytuacji.
Potem były Spytkowice, Sidzina, Jordanów i góra Wysoka. Jak na dłoni widać było stąd posuwające się
czołgi niemieckie, podobne do ogromnych żółwi. Jeden, dwa , pięć, dziesięć...Długi sznur sunących wolno,
ziejących ogniem pancerzy, których warkot zagłusza wszystko, napełnia całą dolinę złowróżbnym chrzęstem i
dymem. Za nimi wdzierają się na wzgórze jakby wielkie mrówki. To niemieccy żołnierze, kryjący się za
stalowymi cielskami warczących maszyn.
Ä/.../ około godziny 15.00 artyleria niemiecka z nową siłą uderza na Wysoką. Pod osłona ognistego pancerza
wyszło natarcie 200 czołgów i piechoty niemieckiej. W walce między Spytkowicami a Wysoką padło
kilkunastu żołnierzy Obrony Narodowej, robotników i uczniów gimnazjalnych, ale natarcie rozpoznawcze
Niemców zostało odparte. Również spod Chabówki z odcinka I pułku KOP nadchodziły uspokajające
meldunki.
Następnego dnia około południa wyszła na Wysoką fala 150 czołgów. Teraz już nie wystarczyło bohaterstwo
rozrzuconych w przedpolu żołnierzy i ochotników. Czołgi przejechały po ich stanowiskach, skierowały się
ławą ku szczytowi góry. Dywizjon majora Żmudzińskiego kładzie zaporę ogniową. Szczęknęły działa
pancerne, uderzyła znów artyleria. Zachwiała się ława pancerna. Najbardziej wysforowane czołgi zaczęły
wykręcać dużymi łukami ku tyłowi i odpływać w dolinę. Obrona polska zniszczyła kilkanaście czołgów,
zadała nieprzyjacielowi poważne straty
Owocem tej walki było około 50 rozbitych i dymiących czołgów. Własne straty też były znaczne. Padł
wówczas, wśród wielu innych, major K. Żmudziński, ciężko ranny został kapitan J. Batorski, dowódca
broniącej się na Wysokiej kompanii szkolnej 1. pułku KOP.
Tak w ogólniejszym zarysie widział zmagania wojsk walczących na Wysokiej i w rejonie tej góry - jeden z
wyższych dowódców armii ÄKraków", Apoloniusz Zawilski, opisując w dokumencie wojskowym ÄOsłonę
południowej flanki przed inwazją z terytorium Słowacczyzny". Oczywiście nie mógł znać nazwisk
wszystkich żołnierzy, którzy zginęli w czasie tych walk. Tu jednak, między Spytkowicami a Wysoką, poległo
sporo naszych żołnierzy, a wśród nich i jeden z bezpośrednich dowódców naszej 8. kompanii KOP -
porucznik Rosik.
VI
Znów wczesnym rankiem okopujemy się pod Kasinką, niedaleko Mszany Dolnej, na pobliskiej górze. Tu
każdy sam musi sobie wymościć własne stanowisko, wykopać indywidualne leże i możliwie najbezpieczniej
osłonić je wybraną ziemią.
Po raz któryś z rzędu w ciągu kilku dni, mamy pełnić zadania strzelców górskich, czy coś w tym rodzaju.
Słychać warkot zbliżających się samolotów. Niemcy to czy nasi...? Zadzieramy głowy ktoś krzyczy: nasi!
Dostrzegamy biało-czerwone szachownice na skrzydłach samolotów. Nie ma wątpliwości - to nasi! Po chwili
słychać potężne detonacje.
- Ale dają łupnia szwabom! - woła któryś z żołnierzy.
- Pewnie niedługo będzie koniec wojny - dorzuca ktoś inny.
- Francja jest już z nami! - usiłuje przekrzyczeć tamtych jeszcze inny entuzjasta.
- Anglia też - pada dodatkowe wyjaśnienie, tym razem już autorytatywne, bo z ust kaprala, zajmującego
sąsiednie stanowisko.
Humory wyraźnie dopisują, choć to dopiero wczesny ranek i na dodatek nie wiadomo, czy tego dnia dowiozą
jakieś jedzenie. Nie dowieźli, bo i jak zresztą mogliby dostać się na szczyt góry, do naszych stanowisk?
Kuchnie odnaleźliśmy dopiero późnym wieczorem gdzieś na skraju lasu, kiedy głód i pragnienie
doskwierały już wszystkim bez wyjątku.
VII
ÄDzień 3 września - przeczytałem po latach w jednym z dokumentów wojskowych, dotyczących wydarzeń
wojennych na Podhalu - rozpoczął się znacznie korzystniej niż poprzedni. Zaraz o brzasku nad głowami
obrońców przeleciała polska wyprawa bombowa w kierunku Tatr. 24 eskadra rozpoznawcza, składająca się z
sześciu ÄKarasi", wykonała nalot bombowy na zgrupowania niemieckich czołgów pod Jordanowem i w
rejonie Podwilka na ich tyłach. Równocześnie 31 eskadra rozpoznawcza armii ÄKarpaty" w składzie siedmiu
ÄKarasi" zbombardowała kolumnę pancerną 4. dywizji lekkiej na szosie Nowy Targ - Chabówka"
My w tym czasie tkwiliśmy na stanowiskach w naszych dołkach strzeleckich, coraz to poprawianych,
pogłębianych, osłanianych wyższym wałem ziemi. Słychać wreszcie znany nam już dobrze narastający huk
motorów. Pojawiają się pierwsze niemieckie tankietki. To jeszcze nie czołgi z potężnymi, długimi lufami
dział.
Skądś, nie wiadomo właściwie skąd, rozpoczyna się ostrzał artyleryjski. My, w rejonie naszych stanowisk
mamy tylko zwykłe karabiny, no i oczywiście bagnety, ponoć budzące największy strach u niemieckich
żołnierzy, kiedy dochodzi do walki wręcz. Gdzieś z boku, bliżej lasu, odzywa się karabin maszynowy.
Niewiele może zdziałać, właściwie nie wiadomo po co strzela, bo wobec nacierającej masy żelastwa jest
całkowicie bezradny. Gorzej, za chwilę milknie, pewnie zdradziwszy przedwcześnie swoją pozycję został
celnym strzałem unieszkodliwiony.
Armatnie pociski coraz gęściej ryją ziemię wokół naszych stanowisk. Cała góra drży od detonacji, a my
tkwimy bezradni w naszych norach.
Na lewym skrzydle, nieco poniżej naszej linii, sytuacja wygląda nieco inaczej niż u nas. Chłopcy walą ze
swoich dział wokół Niemców, aż się kurzy. Co chwilę słychać pojedyncze - pach, pach...Przerwa i znowu -
pach, pach! To działka przeciwpancerne skutecznie odszczekują się Niemcom. Na drodze płonie jakaś
tankietka, widać wylatujących z niej żołnierzy. Jakby czekał na ten moment nasz karabin maszynowy, puścił
serię po Niemcach i powalił ich na ziemię. Ale oto i drugi czołg niemiecki kręci się wkoło, dostał pocisk w
samą gąsienicę.
Walka trwa, wzmaga się wymiana ognia. Pociski walą ze wszystkich stron. Wciskam się coraz głębiej w
ziemię. Tak mi się przynajmniej wydaje, ale jest to tylko złudzenie, bo ziemia pode mną jest twarda, ubita.
Lgnę jednak do niej, byle tylko być poniżej pocisków przelatujących tuż nad samą głową. Ucho jest jednak
dostatecznie wprawione, wychwytuje wszystkie dalsze i bliższe bzykania kul.
Chwila ciszy i od nowa to samo! Ileż to już trwa ta strzelanina? Godzinę... dwie, pięć...?
Dlaczego, u licha, nikt tu się nami, na tym skrzydle nie interesuje? Dlaczego nie słychać żadnych rozkazów?
A zwłaszcza tego jednego, chyba teraz już najważniejszego!
Nagle cała kanonada przenosi się gdzieś tam na prawe skrzydło. I wtedy dopiero pada rozkaz: - Opuszczać
stanowiska, wycofujemy się!
Podbiegamy kilka kroków w górę, padamy... zagrzechotał karabin maszynowy... leżymy przyciśnięci do
ziemi. Znów krótki skok za najbliższe zarośla. Jeszcze tylko kilkanaście metrów do lasu... Jesteśmy
wreszcie poza zasięgiem ostrzału. Jest nas niewielu, zaledwie kilka grup żołnierzy, zdyszanych,
umordowanych, w tej chwili niezdolnych już zrobić żadnego ruchu.
Nam się udało, ale gdzie jest reszta?
ÄNa ryglu Beskidu Wyspowego (Pcim, Kasina Wielka) toczyła się od świtu do nocy zacięta walka -
odnotował w swej wojennej relacji major Stanisław Steblik, skierowany w 1939 roku do pracy w oddziale
rozpoznawczym armii ÄKraków". /.../ Pod Kasiną Wielką terenu nie utracono, ale też nie zdołano odebrać
nieprzyjacielowi rejonu Mszany Dolnej. Kontratak 10 brygady kawalerii, wykonany w godzinach porannych
przez 24 pułk ułanów z dwiema kompaniami czołgów przy wsparciu batalionu Korpusu Ochrony Pogranicza
ÄSnów I", uprzedził niemieckie natarcie i doprowadził do opanowania najpierw wzgórza na południowy
zachód od Kasiny Wielkiej, następnie grzbietu na północny wschód od Mszany Dolnej. Jednakże tutaj 4.
dywizja lekka / mowa o dywizji niemieckiej / przeszła do przeciwnatarcia. Pierwsze jej uderzenie zostało
odparte, natomiast drugie, poprzedzone silnym atakiem artyleryjskim i wykonane przez masę czołgów,
odrzuciło zgrupowanie 24. pułku ułanów z powrotem na wzgórze na północ od Kasiny Wielkiej. Wzgórza te
zostały wprawdzie utrzymane do końca dnia, lecz 4. dywizja lekka przez wzięcie Kasiny Wielkiej już teraz
ostatecznie otworzyła sobie drogę na Tymbark."
VIII
Sytuacja na frontach musiała się wyraźnie pogarszać. Nie pamiętam, abyśmy w ciągu tych kilku dni, choćby
tylko jeden raz, postąpili naprzód. Przynajmniej my, na naszym odcinku frontu. Podobnie jednak musiało być
i gdzie indziej. Na wyznaczonych nowych miejscach zgrupowań spotykaliśmy żołnierzy zagubionych, z
zupełnie nieznanych nam jednostek. Naszych samolotów już prawie nie widywaliśmy, za to znacznie częściej
pojawiały się w górze czarne krzyże, zwiastujące wroga także od strony nieba. Jak gdyby nie było go pełno
tu, na ziemi.
Zbliżające się samoloty wprowadzały istną panikę na zatłoczonych ludzkim mrowiem, drogach. Trzeba było
wtedy czym prędzej uciekać, szukać schronienia za przydrożnym drzewem, w rowie, w łanie zboża, czy
gdzie popadło. Piloci obniżali lot i wyżywali się w swym potwornym rzemiośle.
Szliśmy dalej, do miejsc nowej koncentracji: do Gdowa, Brzeska, Tarnowa. Łuny pożarów znaczyły drogę
przemarszu wojsk niemieckich. Byli blisko, coraz bliżej, a my wciąż w odwrocie. Raz oddział topniał, kiedy
indziej rósł liczebnie kiedy kierowano do niego żołnierzy z innych rozbitych jednostek.
Maszerujemy. Słońce praży, nogi odmawiają posłuszeństwa. Po kilkunastu dniach zmiennych losów
żołnierskiej tułaczki, organizowani w coraz to nowych jednostkach, dotarliśmy wreszcie do Lublina, a dalej
do Łęcznej, ni to wsi ni to miasteczka. Tu zaskoczyła nas najbardziej nieprawdopodobna wiadomość - dalej
iść już nie ma gdzie! Wojska radzieckie przeszły naszą granicę, zajmują wschodnie rubieże Polski.
Był 17 września 1939 roku.
Czesław Morawetz

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
Opisuję samo życie
Cała ta dziwna historia mogła zacząć się i zakończyć zupełnie inaczej. Wszystko na świecie
jest umowne, poza zegarem. Odmierza czas każdemu sprawiedliwie, tak jak i starzenie się jest
kwestią upływających lat, procesem ledwo zauważalnym. Najpierw jest się młodym, potem
dojrzałym, ale trudno jest określić moment przejścia z jednego stanu w drugi. Wreszcie jest
się starym i człowiek nie zdaje sobie sprawy, kiedy to nastąpiło. Tak twierdziła moja babcia, ale
ja byłam jeszcze na tyle młoda, że nie przywiązywałam większej wagi do dawno
wypowiedzianych słów. Życie było wciąż przede mną i nie bardzo potrafiłam sobie wyobrazić,
że się kiedyś zestarzeję. Bardziej wierzyłam w to, ale także nie do końca, że muszę jednak w
jakimś bardzo odległym czasie umrzeć.
Na razie siedziałam na drewnianych, rozchwierutanych schodach ogromnej, przeszklonej
werandy z częściowo powybijanymi szybami, obrosłej pajęczyną i zagraconej, jak i całe
wnętrze domostwa. (...)
Patrzyłam z zachwytem na Giewont.
Tak zaczyna się najnowsza powieść Krystyny Nepomuckiej ÄŚlubny welon", związana z
Zakopanem nie tylko miejscem akcji, ale i tym, że właśnie tutaj powstaje.
Krystyna Nepomucka jest jedną z niewielu polskich pisarek, której książki znikają niemal
natychmiast z półek księgarń. Jej ÄMiłość niedoskonała", ÄObrączka ze słomy", ÄFloryda
story", czy wreszcie ostatnia, ÄSerafina i kochankowie" są książkami pokoleniowymi, czyli
takimi, które przekazywane są jak rodzinna tradycja. Na jednych z targów książki czytelniczka
poprosiła autorkę o dedykację dla swojej sześcioletniej córeczki. Gdy usłyszała, że nie jest to
książka dla dzieci, odpowiedziała - wiem, ale ja się na tych książkach wychowałam. Przekazała
mi je moja matka, teraz chcę podarować je mojej córce. W jednej ze szkół wprowadzono je
nawet jako lekturę obowiązkową. Wbrew pozorom nie jest to tylko literatura kobieca. Ma także
stałe grono czytelników, którzy doceniają przede wszystkim jej wyrafinowany język i
specyficzne poczucie humoru.
Krystyna Nepomucka chcąc sprostać zapotrzebowaniu, wydaje dwie książki rocznie. Ale to
tylko połowa prawdy. Gdy kończy powieść, rodzą się nowe pomysły. Już w listopadzie ukaże
się kolejna książka - ÄDusza na skalpelu". Ta powieść-horror dzieje się w prosektorium w
podziemiach szpitala. Jej bohaterką jest lekarka, anatomopatolog, specjalista od wykrywania
trucizn, która w trakcie przeprowadzania sekcji zwłok wykrywa zbrodnię. Jest to też opowieść
o ludziach, którzy zajmują się zmarłymi, o ich zabobonach, zwyczajach, pijaństwie i różnych
związanych z tym historiach. Nawet jest w niej coś o nekrofilii opisane - jak zwykle w
powieściach Krystyny Nepomuckiej - w sposób dramatyczny, ale i zabawny jednocześnie.
Większa część powieści i ta najnowsza również, powstała w Zakopanem.
- Jej temat chodził mi po głowie od ładnych kilkunastu lat - mówi Krystyna Nepomucka - odkąd
moja przyjaciółka opowiedziała mi o pewnym zdarzeniu sprzed wieku. Nie mogłam się jednak
do niego zabrać, ponieważ miałam za mało dokumentacji, a część historii jest prawdziwa.
Cała reszta jest oczywiście fikcją.
Przed laty, jeden z młodych architektów wybudował przepiękną posiadłość. Była to jego
pierwsza praca. Miał w niej zamieszkać razem ze swoją uroczą narzeczoną sprowadzoną z
Włoch. Nie pozwolił jej obejrzeć domu przed ukończeniem. Chciał ją sam przenieść przez
próg w dniu ślubu, a całe wnętrze miało być dla niej cudownym zaskoczeniem. Wszystko było
przygotowane. Ślub odbył się w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia. Sypało śniegiem,
górale przyjechali saniami z pochodniami i cały orszak ruszył wąską drogą, która wiodła od
Polany Szymoszkowej, gdzie stała posiadłość, do kościółka jezuitów na górce. Ślub był
uroczysty; panna młoda okutana w biały welon i kożuszek. Po ceremonii państwo młodzi siedli
w pierwsze sanie. Było ślisko, śnieg, konie poniosły. Spadły sanie razem z końmi w dół.
Panna młoda zmarła na miejscu. Zrozpaczony mąż wniósł ją na rękach w zakrwawionym
welonie do nowego domu, a po pogrzebie wyjechał i nigdy nie wrócił. Nikt nie wiedział, co ię
z nim stało. Rodzina z pokolenia na pokolenie przejmowała ten dom. Wreszcie zmarła ostatnia
osoba z tej rodziny. Pozostał jedynie żelazny krzyż, który dzisiaj stoi z boku od głównej drogi. I
tu zaczyna się moja historia.
- Jest to kolejna pani książka pisana w Zakopanem. Jak to się stało, że dopiero teraz akcja
umiejscowiona jest tutaj?
- Przyjeżdżam tu rzeczywiście często. Uwielbiam góry. Właściwie już po wojnie zaczęłam
chodzić z plecakiem; przeszłam całe Gorce, Beskidy, Tatry. Byłam nawet w Klubie
Wysokogórskim, no ale tutaj pokonał mnie lęk przestrzeni. Góry są mi bardzo bliskie, a o takich
rzeczach trudno mi pisać. Łatwiej jest wymyślać. Fikcja jest dla mnie czymś oczywistym, ja
widzę obrazami. Muszę też zachować coś dla siebie. Jeżeli będę sprzedawać siebie po
kawałeczku, nie zostanie nic dla mnie.
- Nie ma więc, tak jak wielu sądzi, w pani książkach wątków autobiograficznych?
- Nie da się ukryć, że w książce zawsze jest coś z autora, nie znaczy to jednak, że jest to
autobiografia. Zawsze większość to fikcja. Osobiste są takie sprawy jak punkt widzenia
świata, upodobania, echo spotkań z ludźmi. Zawsze autor przekazuje to w jakiś sposób. Gdy
ukazała się książka ÄMałżeństwo niedoskonałe", nawet recenzenci pisali, że jest to powieść
autobiograficzna, co nie było prawdą, dlatego że moi rodzice zmarli w czasie wojny, nigdy nie
miałam dziecka. Podobnie reagują czytelnicy na spotkaniach autorskich. Nie chcą wierzyć, że
moje życie jest inne. Pytają o zdrowie córki...
- Coś jednak musi powodować takie odczucia.
- Myślę, że to dlatego, że bardzo dbam o realia. Gdy miałam pisać o małym dziecku, to
chodziłam do wszystkich moich przyjaciółek, które miały niemowlaki i patrzyłam jak się je
przewija, jakiego koloru jest kupka, jak gaworzą, co się dzieje, co czują mamy. Z tego powstała
cała historia.
- Ale chyba nie tylko. To jest też umiejętność stworzenia sugestywnej postaci.
- Wydaje mi się, że mam bardzo wyostrzony zmysł obserwacji. To mi nawet w życiu zawadza.
Pamiętam jak w młodości całowałam się z chłopakiem, to rozglądałam się jednocześnie wokół
- obserwowałam ludzi, odczucia moje i jego. To mi bardzo przeszkadzało w przeżywaniu tego,
co się działo.
- Ale ten zmysł obserwacji pozwala także spojrzeć na drugą stronę medalu. Opisać sytuację
taką jak ona jest i jednocześnie jej odbicie jakby w krzywym zwierciadle.
- Chyba coś w tym jest. Zawsze chciałam napisać taką mądrą, poważną powieść i nigdy mi się
to nie udało. Starałam się walczyć z tym moim krzywym zwierciadłem i poczuciem humoru, ale
pomyślałam sobie, że sama siebie nie przeskoczę, więc piszę tak jak piszę. Na szczęście trafia
to do czytelników.
- Czy nie boi się pani być posądzoną o złośliwość?
- Złośliwa jestem jedynie w stosunku do siebie. Poczucie humoru nie ma nic wspólnego ze
złośliwością. To jest tylko sposób widzenia świata. Moje postacie zawsze są fikcyjne. Na
jednego mojego bohatera składa się kilka osób rzeczywistych. Z jednego biorę wygląd, z innego
charakter. Może dlatego zdarza się, że ludzie odnajdują w nich siebie lub swoich bliskich.
- Czy były takie sytuacje?
- Oczywiście, że tak. Dostałam kiedyś list od jednej pani z Niemiec, która napisała mi, że w
jednej z książek dokładnie opisałam jej życie. Podobne kłopoty mam z nazwiskami moich
bohaterów. Wymyślam już takie niesamowite i zawsze ktoś się odzywa. Tak było z jedną z
ostatnich książek, w której jeden z bohaterów nazywa się Zezuj. Długo myślałam na tym
nazwiskiem, aż wreszcie wracałam kiedyś z Olsztyna samochodem, rozmyślałam nad
powieścią i nagle po prawej stronie mignął mi drogowskaz - Zezuj 2 km - ucieszyłam się. Imię
już miałam Tadeusz, nazwisko pasowało znakomicie. Książka się ukazała. Dwa lata później
zadzwonił do mnie z płaczem mężczyzna, że żona chce się z nim rozwieść, że on nigdy nie był
w Cieplicach, że nigdy nie miał romansu z żadną lekarką. Był to Tadeusz Zezuj. Prawdę trzeba
zawsze podkoloryzować, dlatego, bo inaczej nie można jej przybliżyć. Szara wydaje się
nieprawdziwa.
- A potem fikcja okazuje się prawdą...
- Tak, i dochodzimy do wniosku, że najlepszym pisarzem jest samo życie. Wystarczy tylko je
spisywać. Jak zaczynam jakąś powieść, nigdy nie układam żadnego planu. Najpierw zaczyna
mnie prześladować jakaś myśl, coś mnie inspiruje, zaczynam o tym myśleć, aż wreszcie
któregoś dnia siadam i zaczynam pisać. Jeżeli pierwsze zdania idą dobrze, piszę dalej, Zjawiają
się postacie, słyszę dialogi, różne sytuacje, w jednym ciągu - tak jakbym siedziała przed
telewizorem. Piszę intuicyjnie. W jednej z książek - zupełnie niezamierzenie napisałam, że
bohaterka jest w ciąży. Myślę, ciąża, po co jej ta ciąża? Ale ponieważ dobrze mi się pisało,
zostawiłam ten fragment. I okazało się, że w którymś rozdziale pod koniec było to absolutnie
potrzebne.
- Czyli siła wyższa?
- Nie wiem. Mam czasem wrażenie jakby ktoś mi dyktował. Może zmarły pisarz... Nie
wiem.
- W najbliższej książce duchy odgrywać będą dużą rolę. Wiem, że pani ma szczególne
podejście do tego tematu.
- Ja w ogóle wierzę w życie pozagrobowe. Niektórzy tłumaczą to moją wyobraźnią. Zetknęłam
się jednak ze zjawiskami, których nie można inaczej wytłumaczyć. A poza tym, czytałam sporo
na ten temat już od dawna i okazuje się, że jest na to wiele dowodów i to nie do odparcia.
Problemem tym zajmuje się też wielu uczonych. Zresztą nawet nasza wiara każe wierzyć w
życie wieczne. Można wierzyć również w reinkarnację. Przecież wierzono w nią jeszcze we
wczesnym chrześcijaństwie.
- Pani książki są ewenementem w współczesnej literaturze polskiej. Czytają je kolejne
pokolenia. Powstają nowe, które schodzą dosłownie Äna pniu", co nie często jest dzisiaj
spotykane. Na czym polega ich tajemnica?
- Może dlatego, że na nic się nie wysilam, że to nie są powieści ze specjalnym podtekstem. Ja
po prostu opisuję samo życie. Książki, które napisałam ileś lat temu, np. obecnie wznawiany
cały Äsześcioksiąg", są ciągle aktualne.
***
Krystyna Nepomucka przez lata pracowała jako dziennikarz. Po wojnie była redaktorem
naczelnym Zachodniej Agencji Prasowej we Wrocławiu oraz pracowała w Rozgłośni
Wrocławskiej. Jej pierwsza powieść ÄMałżeństwo niedoskonałe" ukazała się po 13 latach
walki z wydawnictwami w 1962 roku. Poprzedził ją jednak druk fragmentów w londyńskich
ÄWiadomościch Literackich" i pozytywne recenzje Mieczysława Grydzewskiego, w których
nazwana została pojętną uczennicą Zapolskiej. Mieszka w Warszawie. Pisze najczęściej w
Oborach i Zakopanem.
Anna Zadziorko

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
Zapomniany malarz - Józef Hadowski
Wspomnienia 94-letniej Zofii Fedorowiczowej z sierpnia 1996 r.
Józefa Hadowskiego poznałam późną jesienią 1927 roku na Krupówkach gdy wraz ze swoim nowo
poślubionym mężem, Józefem Fedorowiczem, przechodziliśmy koło kościoła Świętej Rodziny. Był to
wówczas człowiek w średnim wieku, bardzo wynędzniały, z długą falistą brodą i okazałymi wąsami.
Hadowski był w Zakopanem postacią nietypową. Chodził w bardzo zniszczonej, czarnej pelerynie i czarnym
kapeluszu z dużym rondem. Zawsze był smutny, poważny i napiętnowany swoją biedą. Przychodził do
naszego domu kiedy tylko chciał przez 14 lat, aż do swojej śmierci. Okazywaliśmy mu życzliwą pomoc,
wiedział, że może liczyć na posiłek. Miał swoje stałe miejsce w kuchni, bo do pokoju krępował się
wchodzić. Był nieśmiały i małomówny, ale na naszą prośbę opowiedział nam wiele zdarzeń ze swojego
życia. Stąd wiem, że dzięki inicjatywie i pomocy jakiegoś księdza ukończył gimnazjum w Krakowie.
Następnie wykazując niepospolite zdolności, wstąpił w 1902 roku na Akademię Sztuk Pięknych. Podczas
studiów nie miał żadnego zabezpieczenia materialnego i ciężko borykał się z biedą. Bywało, że nocował na
różnych strychach, przykryty dla ciepła gazetami. Mówił nam, że przez długie okresy żył niemal wyłącznie
chlebem i wodą. Mimo to wyróżniał się spośród innych studentów i ukończył Akademię z odznaczeniem w
roku 1906. Potem powrócił do Zakopanego, ale nie umiał się tu wydobyć z biedy, dzielił ją wspólnie ze
swoją siostrą Marią. Miał wprawdzie w Zakopanem zamożną ciotkę, rodzoną siostrę matki, żonę profesora
U.J. Stanisława Sokołowskiego, mieszkającą we własnej, pięknej willi ÄOrnak" na Drodze na Białego i często
ją odwiedzał, ale poza posiłkiem niczego więcej nigdy od niej nie otrzymał.
Hadowski pochodził z matki rodowitej góralki Walczakówny i ojca rolnika, z dalszego Podhala, który
przedwcześnie zmarł. Wydawało się, że po śmierci ojca poprawi się jego sytuacja, gdyż otrzymał w
testamencie sporą sumę pieniędzy na pobudowanie własnego domu. Było to po pierwszej wojnie światowej,
okresie wielkiej inflacji. W efekcie wystarczyło zaledwie na małą chatę, którą postawił na zboczu Gubałówki,
powyżej Kościoła O.O. Jezuitów. Wziął do siebie siostrę i dalej towarzyszyła mu nędza.
Opowiadał, że wkrótce po studiach poznał dziewczynę, która przyjechała do Zakopanego z matką na letni
wypoczynek. Często się z nią spotykał. Darzyli się wzajemną sympatią, co matce bardzo się nie podobało.
Przyspieszyła więc swój wyjazd razem z córką do Warszawy. I to był koniec ich znajomości. Hadowski
cierpiał z tego powodu tak bardzo, że zrodził się w nim uraz do płci pięknej i całego życia. Według ludzi
znających go, był to początek jego psychozy. Niedługo potem wyniszczające działanie niedostatku
uniemożliwiło mu całkiem twórczość. Był ogromnie nieszczęśliwy z tego powodu. Radził się nawet księdza
na spowiedzi, co ma zrobić, aby mógł powrócić do swojego malarstwa. Ksiądz mu powiedział: weź się
chłopie do pracy". Odpowiedział księdzu: Ächciałbym, ale nie mogę".
Hadowski, malował głównie pejzaże olejne i sceny rodzajowe. Wykonał też sporo portretów ołówkowych.
Znał się dobrze i nawet przyjaźnił z Karolem Kłosowskim. Lubił zachodzić do jego willi ÄCichej" przy ul.
Kościeliskiej. Wiem, że robił portrety jemu i jego dzieciom i sam był przez Kłosowskiego
portretowany.
Interesował się nim także Witkacy. Chodzili razem na wycieczki m.in. nad Czarny Staw Gąsienicowy, gdzie
się kąpali, ale Hadowski bardzo niechętnie zdejmował z siebie odzież, bo wstydził się obnażać własne ciało.
Witkacy zdawał sobie sprawę z jego psychozy i chciał poznać jak się ona przejawia w artyście i jaka jest jej
przyczyna. Na krótko przed wybuchem wojny Witkacy przyniósł do nas sporą ilość bielizny i ubrania dla
Hadowskiego, oraz czarną pelerynę po swym ojcu, Stanisławie Witkiewiczu.
Hadowski nigdy nie podjął żadnej pracy zarobkowej. Mój mąż i inni mu życzliwi, zachęcali go do
portretowania, dając mu farby i pędzle. Próbował to czynić, ale ciągle był z siebie niezadowolony i nie umiał
doprowadzić niczego do końca. Dawniejsze swoje obrazy rozdawał tym, którzy umieli je u niego wyprosić, a
on odczuwał potrzebę wywdzięczenia się za kawałek chleba. Ogólnie było wiadomo, że sporą ilość obrazów
wydobył od niego skrzypek, Bronisław Gromadzki. Podobno wiele obrazów Hadowskiego spaliła jego
siostra.
Fedorowiczom podarował pejzaż olejny o wymiarach 50 x 70 cm, przedstawiający chatę góralską na stoku
Gubałówki i autoportret olejny niedużej wielkości. Wymieniony pejzaż znajduje się u Jana Składowskiego w
Warszawie, autoportret jest w posiadaniu moim i moich córek.
Byłam na pogrzebie Hadowskiego. Umarł w styczniu 1940 roku, na nierozpoznaną chorobę przewodu
pokarmowego. Nigdy się nie leczył i nikt mu nigdy nie zaproponował pomocy lekarskiej. Żył 59 lat. Urodził
się w Bańskiej, niedaleko Białego Dunajca. Został pochowany na cmentarzu przy ul. Nowotarskiej, w głębi,
po lewej stronie. Przed pogrzebem, na moją prośbę, zakopiański fotograf poszedł do kaplicy cmentarnej i
zrobił bezinteresownie jego fotografię w trumnie, którą mam w swoich zbiorach.
W mojej pamięci Hadowski rysuje się jako człowiek wyjątkowo szlachetny, subtelny, nikomu nie narzucający
się i bardzo religijny. Górale nazywali go nawet Äświętym".
Wzruszające są moje wspomnienia o nim. Pamiętam, że w ostatnie Boże Narodzenie przed wybuchem wojny, a
więc w 1938 roku, zaprosiłam Hadowskiego do nas na Wigilię. Przyszedł jak zwykle bardzo zaniedbany i
brudny. Miałam przygotowaną dla niego kąpiel oraz czystą bielizną i ubranie. Poprosiłam go, aby swoją
zniszczoną odzież zawinął w tobołek i zostawił do wyprania, na co chętnie się zgodził. Do tobołka, który
służąca wyniosła na strych, zajrzałam dopiero po jego śmierci i z kieszenie marynarki wyjęłam niewielki
krzyżyk z drzewa oliwnego z ukrzyżowanym Chrystusem - z Jerozolimy - i pamiątkowy brązowy medal, jaki
otrzymał na ukończenie Akademii Sztuk Pięknych: ÄZa zdolności i pracę twórczą - Józefowi Hadowskiemu".
Życie jednak potoczyło mu się tragicznie, a za młodu na Krakowskiej Akademii wróżono mu, że będzie
przyszłym Matejką.
Zofia Fedorowicz

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
Na północnych stokach Babiej Góry było takie miejsce,
gdzie schodziły się wszystkie ścieżki. W XIX wieku,
turyści idący zobaczyć z ÄKrólowej Beskidów" wschód
słońca zatrzymywali się tam, aby spędzić nocne godziny
przed wejściem na szczyt. Tym magicznym miejscem były
Markowe Szczawiny. Dziewięćdziesiąt lat temu z inicjatywy
Hugona Zapałowicza stanęło tam niewielkich rozmiarów
schronisko. Miało być ono bazą dla polskich turystów.
...gdzie schodzą się wszystkie ścieżki
Budowę schroniska na Markowych Szczawinach poprzedziły długie starania o utworzenie terenowego
oddziału Towarzystwa Tatrzańskiego. 30 kwietnia 1905 roku powstał jego Oddział Babiogórski, a było to
wielkim sukcesem Hugona Zapałowicza. W rok później został jego prezesem.
Zasadniczym celem, jaki stawiał sobie wówczas Zapałowicz było wybudowanie polskiego schroniska na
Babiej Górze. Realizację tego pomysłu rozpoczęto od zbierania na ten cel środków finansowych, wyboru i
zakupu odpowiedniej parceli oraz wykonania planu budowy. Na północnych stokach Babiej Góry było takie
miejsce, gdzie schodziły się wszystkie ścieżki. W XIX wieku, turyści idący zobaczyć z ÄKrólowej
Beskidów" wschód słońca zatrzymywali się tam, aby spędzić nocne godziny przed wejściem na szczyt. Tym
magicznym miejscem były Markowe Szczawiny.
Środki na budowę schroniska w początkowej fazie pozyskano z subwencji od Wydziału Towarzystwa
Tatrzańskiego i udzielonej pożyczki przez kasę gminną. Do prac przystąpiono w bardzo szybkim tempie. 14
czerwca 1906 roku zawarto umowę z cieślą Klemensem Trybałą z Zawoi, który za budowę zażądał 500 koron.
W trzy dni później dyrekcja dóbr żywieckich przydzieliła za niską kwotę drewno. Projektem i planem
budowy zajął się Franciszek Rver - członek Zarządu Oddziału Babiogórskiego Towarzystwa.
Hugo Zapałowicz przez cały czas osobiście kierował pracami i doglądał budowy schroniska, a roboty
postępowały szybko. Schronisko zbudowano z drzewa świerkowego, - relacjonował Hugo Zapałowicz -
mierzy 10 m długości, 7 m szerokości i ma z przodu na całą długość krytą werandę. Obejmuje 2 pokoje
sypialne, pokoik jadalny, kuchnię, sionkę, piwnicę i bardzo obszerny strych. (...) Wszystkie ścieżki na szczyt
Babiej Góry i Koniopłaj Dóbr Arcyksiążęcych, którym na wózku wyjechać można, schodzą się przy
schronisku.
Na samym końcu, przy pomocy Edwarda Wolskiego urządzono wnętrze schroniska. Na łóżkach z cienkiej
żelaznej kraty leżały wypchane słomą sienniki i zagłówki wypełnione grochowiną - pisze Danuta Gimza. Było
też kilka dość grubych brunatnych wełnianych kocy w kolorową kratę i niewielka ilość bielizny pościelowej.
W jadalni znajdowała się mała wisząca lampa z emaliowanym daszkiem. W sypialniach zaś można było na
chwilę zapalić własną świecę wkładając ją do stojących tam lichtarzy.
W niespełna dwa miesiące od rozpoczęcia prac, schronisko zostało oddane do użytku turystów. 15 września
1906 roku nastąpiło jego uroczyste otwarcie. Na tę okoliczność wykonano specjalnie ozdobną okrągłą
metalową pieczęć z napisem Schronisko Babiogórskie. Jego pierwszym i długoletnim gospodarzem był Józef
Gancarczyk. Przygotowywał dla zmarzniętych i zgłodniałych turystów potrawy i napoje. A była to
najczęściej jajecznica, kiełbasa, chleb, masło, herbata i mleko. Własnoręcznie gotował zupy. Nie brakowało
również rumu.
W roku 1908 pojawili się pierwsi zimowi turyści między innymi w osobach - Walerego i Ferdynada Goetlów,
Władysława Pawlicy i Władysława Kuryluka.
Według relacji gospodarza schroniska, do pierwszej wojny światowej z obiektu korzystało około tysiąca osób
rocznie. Gwałtowny spadek turystów zaznaczono podczas wojny, brakowało równocześnie środków na
utrzymanie budynku. W 1919 roku profesor Kazimierz Sosnowski przywrócił schronisko do działalności. W
trzy lata później, z inicjatywy Mączyńskiego po raz pierwszy rozbudowano schronisko. Dobudowano
wówczas izbę jadalną, a w 1925 roku - kuchnię i spiżarnię. W rok później podjęto decyzję o dołączeniu
dwóch pokoi mansardowych.
W 1932 roku, po przejęciu budynku przez Władysława Midowicza schronisko zostało unowocześnione -
wymieniono wyposażenie i otwarto budynek na wszystkie sezony. Kolejną rozbudowę schronisko przeszło w
1934 roku. Powstała nowa sala noclegowa na parterze i trzy na poddaszu. Połączono pokoje mansardowe,
oszklono werandę. Doprowadzono również wodociąg grawitacyjny.
Podczas drugiej wojny światowej schronisko służyło partyzantom. W 1949 roku wykonano gruntowny
remont budynku, a w dwa lata później schronisko zostało przejęte przez PTTK. W 1966 roku przy schronisku
otwarto Muzeum Turystyki Górskiej. W następnym roku do obiektu doprowadzono prąd elektryczny. Trzy
lata temu obiekt wyposażono w biologiczną oczyszczalnię ścieków. Obecnymi gospodarzami schroniska są
Halina i Jan Lizakowie.
***
W minioną sobotę i niedzielę, w dniach 14 i 15 września br. na Markowych Szczawinach odbyła się
uroczystość 90-lecia schroniska im. Hugona Zapałowicza i 30-lecia Ośrodka Kultury Turystyki Górskiej
PTTK.
Z relacji - prawie sprzed wieku - dowiadujemy się, że mimo iż ranek 15 września 1906 roku rozpoczął się
dość pochmurnie i dżdżysto, na otwarcie Ädomku Zapałowicza" dotarło kilkadziesiąt osób. (...) Góralska
kapela przygrywała tak pięknie, że nie odmówił sobie tańca nawet starszy już, bo mający sześćdziesiąt sześć
lat Wawrzyniec Szkolnik (babiogórski ÄSabała").
Czy można to nazwać przypadkiem, że po dziewięćdziesięciu latach sobotnie i niedzielne uroczystości
rozpoczęły się prawie w identyczny sposób. Babia Góra przybyłych gości przywitała nie tylko deszczem i
mgłą, ale również śniegiem.
W sobotni wieczór przy dźwiękach muzyki Ägóralskiej" - w której zamiast prymu-skrzypiec był prym-
akordeon czasami zmieniany na trąbkę - wspominano... Wspominano dawne lata. Do późnych godzin
nocnych opowiadano o ludziach związanych z Babią Górą i schroniskiem. Wyświetlono film, który
przypomniał w jaki sposób tworzył się pierwszy w historii Ośrodek Kultury Turystyki Górskiej na
Markowych Szczawinach. Wieczorne godziny zamieniły się w gawędę o dawnych górach i dawnych ludziach.
Prowadzono rozmowy o ochronie środowiska. Snuto plany na przyszłość. Przedstawiono koncepcję
modernizacji schroniska. Z upływem czasu spotkanie zamieniło w towarzyską zabawę.
Na uroczystość przybyli goście niemal z całej Polski związani z turystyką i górami. Przyjechały osoby,
które biorą czynny udział w pracach środowiska górskiego. Byli ratownicy górscy i przewodnicy.
Niedzielne przedpołudnie rozpoczęła Msza święta odprawiana w schronisku w intencji ludzi gór, po
zakończeniu której odsłonięto pamiątkową tablicę. Przypomniano historię schroniska. Niestety, śnieżna
zadymka udaremniła wspólną wycieczkę na Babią Górę.
Wiele osób zeszło do Zawoi. A tam nowa niespodzianka, jak z opisu Zapałowicza sprzed lat. Deszczowe
chmury podniosły się na chwilę i zaświeciło słońce. Odsłoniła się ośnieżona Babia Góra. Oto relacje, jak to
było przed laty - Do Zawoi schodzono już o zmierzchu, z kapelą wiejską na czele grającą. Z góry spłynął
ostatni strzępek mgły - niebo świeciło pogodą jesienną oraz ustała mżawka. Po południu wychyliła się spoza
chmur, lekko przyprószona śniegiem, Babia Góra.
Jolanta Flach

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
Katastrofa biurokratyczna
Jak już informowaliśmy 1 sierpnia br. zawalił się mostek u wylotu Doliny Białego. Minęło od tego
czasu ponad półtora miesiąca i nie rozpoczęto jeszcze nawet prac zmierzających do odbudowy mostu.
Na podstawie informacji uzyskanych od Wiesława Tatara z TPN oraz od Andrzeja Orłowskiego, naczelnika
Wydziału Architektury zakopiańskiego Urzędu Miasta - udało nam się ustalić przyczyny takiego stanu rzeczy.
2 sierpnia wydarzenie zakwalifikowane zostało przez specjalną komisję jako katastrofa budowlana. 5 sierpnia
ponownie zebrała się komisja ponieważ protokół sporządzony poprzednio był nieprecyzyjny. 7 sierpnia
Wydział Architektury wydał decyzję nakazującą dyrektorowi TPN rozebranie resztek mostu, zabezpieczenie
terenu, zagrodzenie drogi i wykonanie kładki dla pieszych. 14 sierpnia TPN zgłosił gotowość przystąpienia
do robót odtworzeniowych z jednoczesną modernizacją konstrukcji mostu. Okazało się jednak, że aby podjąć
takie prace trzeba wcześniej przedstawić odpowiednie szkice lub rysunki konstrukcyjne mostu wykonane
przez osobę do tego uprawnioną. 22 sierpnia Wydział Architektury zażądał takich szkiców od dyrekcji TPN.
Park zlecił ich wykonanie inżynierowi Marianowi Siudutowi. W chwili gdy zamykaliśmy bieżący numer
ÄTP" dokumentacja była już gotowa. Andrzej Orłowski zapewnia, że zaraz po otrzymaniu szkiców
konstrukcyjnych, jeżeli będą one poprawne - wydane zostanie pismo zezwalające na rozpoczęcie prac
budowlanych. Nie oznacza to jednak, że roboty zaczną się nazajutrz. Wcześniej - jak informuje Wiesław
Tatar - TPN musi ogłosić przetarg na odbudowę mostu. Tak więc prace ruszą najwcześniej za dwa lub trzy
tygodnie.
Dodajmy, że gdyby zdarzenie nie zostało zakwalifikowane jako katastrofa budowlana załatwienie wszystkich
formalności związanych z pozwoleniem na odbudowę mostu trwałoby znacznie dłużej. Dodajmy ponadto, że
po drugiej stronie mostu mieszkają ludzie, pozbawieni od 1 sierpnia jakiekolwiek dojazdu do swojego domu
(Nieco dalej publikujemy list w tej sprawie).
mag

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
Prezes TOPR rezygnuje.
Zaskakująca decyzja
Kilka dni temu pojawiła się informacja o rezygnacji mecenasa Andrzeja Niecikowskiego z funkcji prezesa
Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Sam zainteresowany nie potwierdził, ani też nie
zaprzeczył, że ustępuje z funkcji prezesa. Naczelnik TOPR Robert Janik poinformował nas, że kilkakrotnie
podczas zebrań mecenas Niecikowski mówił na temat swojej rezygnacji - Myślę, że o powody trzeba zapytać
samego zainteresowanego. Nie potrafię tego skomentować. Niewykluczone, że są to powody osobiste,
prywatne - powiedział naczelnik.
Mec. Andrzej Niecikowski jest prezesem TOPR od czerwca 1995 r. W trakcie jego kadencji Zarząd, którym
kierował kupił nowy śmigłowiec. TOPR wzbogacił się w tym czasie o dwa samochody terenowe - Mercedes
i Land Rover. Podniesiono pensje ratownikom. Rezygnacja prezesa jest dla wielu osób związanych z
tatrzańskim ratownictwem dużym zaskoczeniem. Nieoficjalnie mówi się, że przyczyną dymisji są sugestie
wypływające z Urzędu Kultury Fizycznej i Sportu. Nikt z naszych rozmówców informacji tej jednak nie
potwierdził. Do chwili zamknięcia tego numeru TP nie udało nam się ostatecznie ustalić powodów rezygnacji
mec. Andrzeja Niecikowskiego.
JJ

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
Rekordowe opady
Tak dużych i długotrwałych opadów w Tatrach i na Podtatrzu nie notowano już od dawna. Na ogół wrzesień
był miesiącem pogodnym, sprzyjającym wędrowaniu po Tatrach, a jeżeli już wystąpiły ochłodzenia i opady
śniegu to były one raczej krótkotrwałe.
We wtorek w godzinach porannych grubość pokrywy śnieżnej osiągnęła na Kasprowym Wierchu 87 cm, a w
tym świeżego z ostatniej doby - 17 cm. Na Hali Gąsienicowej 48 cm., przy schronisku w Dolinie Pięciu
Stawów Polskich było 70 cm, a w Morskim Oku 15 cm. W wyższych partiach Tatr występują temperatury
ujemne, a śnieg jest przewiany, miejscami zaspy dochodzą do 1,5 metra wysokości, niżej śnieg jest mokry.
Istnieje niebezpieczeństwo lawin śnieżnych.
Jak nas poinformował kierownik IMGW w Zakopanem, Michał Furmanek, średnia wieloletnia ilość
opadów w miesiącu wrześniu wynosząca 100 mm została już znacznie przekroczona. W ciągu dwóch dni
spadło więcej opadów niż przeciętnie w wyniku całego miesiąca. Nie spotykany jest również tak długotrwały
opad. Od 26 sierpnia nie było w Zakopanem dnia bez opadów, czyli jak dotychczas 23 dni z deszczem.
Wycieczkom szkolnym i turystom indywidualnym nie poleca się wędrówek szlakami w wyższych partiach
Tatr.
(ar)

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
Niektórzy uznali miano ÄOrlej Perci" za niestósowne w tej racyi głębokiej, że >orły
perciami nie chodzą< i woleliby nazwę ÄKoziej Perci". Tymczasem ÄKozia Perć" nie
określa właściwego charakteru owej drożyny (...). Orły nie robią perci, to prawda, ale
gdzież właściwsze dla nich miejsce wytchnienia, jak nie na szczytach i graniach skał
niebotycznych? (...) Los fortunny zdarzył nawet, że z początkiem sierpnia 1903 na stoku
Orlej Perci obok wodospadów Mickiewicza złowiono pisklę orle: nomen, omen!
Ksiądz Walenty Gadowski
Orły perciami nie chodzą...
Doktor Adam Lewicki w 1904 roku pisał - Łańcuch Tatr Polskich od Krzyżnego aż do Swinnicy, został
dokładnie zbadany w ostatnich czasach, dzięki niezmordowanej pracy inicyatorów i wykonawców ÄOrlej
Perci" ks. Gadowskiego i tow. Dziś biegnie już tym grzbietem przesławna ÄOrla Perć" jedyna w swoim
rodzaju ścieżka turystyczna, której zazdrościć nam mogą obcy i dalecy.
Ksiądz Walenty Gadowski na przełomie XIX i XX wieku, był jednym z wybitnych turystów i taterników.
Urodził się w 8 grudnia 1861 roku w Nowym Wiśniczu. Święcenia kapłańskie otrzymał 15 lipca 1884
roku.
Gadowski po raz pierwszy przyjechał do Zakopanego i w Tatry w roku 1881, kiedy to po rozpoczęciu studiów
teologicznych lekarze stwierdzili początki gruźlicy i zalecili wyjazd. W taki sposób znalazł się w Nowem
Bystrem u swoich kolegów z seminarium - Bronka Miętusa i Wojtka Tylki. Leczył się przede wszystkim
długimi spacerami i wycieczkami. Przyjechał w Tatry na leczenie i Tatrom pozostawił swoje serce - pisał
Stanisław Kobiela. Przyszły kapłan dosyć szybko powrócił do zdrowia. W Zakopanem przebywał w takim
czasie, że poznał pracę młotów w Kuźnicach i mógł posłuchać kazań księdza Stolarczyka. Poznawał coraz to
nowe partie Tatr.
Uczestnictwo w licznych międzynarodowych zjazdach katechetycznych i sympozjach, dało księdzu
Gadowskiemu możliwość poznania innych gór Europy między innymi Alp.
Od roku 1890 Gadowski przyjeżdżał co roku do Zakopanego, a od 1900 jego stałym miejscem pobytu była
Bukowina Tatrzańska i jeszcze później Kościelisko. Stał się on zagorzałym zwolennikiem chodzenia po
górach bez przewodnika. Stało się to po tym, jak zobaczył, że górale - przewodnicy wożą letników po
tatrzańskich dolinkach. Pojawiły się trudności ze znalezieniem przewodnika do wycieczek wysokogórskich.
W związku z tym rozpoczął chodzenie po tatrzańskich szczytach z przewodnikami spiskimi i to od strony
południowej. Późniejszy wyjazd w Alpy na dwa sezony nauczyły go posługiwania się czekanem, rakami i
liną. Ksiądz Gadowski zaczął chodzić samotnie po górach. Kiedy jednak pewnego razu, schodząc z Lodowego
Szczytu do Pięciu Stawów Spiskich, natknął się na kilku turystów stojących nad zamarzniętym ciałem ofiary
górskiej tragedii, która nie miała na sobie żadnych obrażeń i w śniegach przeleżała siedem lat, uświadomił
sobie niebezpieczeństwo odbywania samotnych wycieczek Odtąd zabierał zawsze jakiegoś towarzysza, choć
niekoniecznie przewodnika.
W 1900 roku ksiądz Gadowski dokonał pierwszego wejścia na Kieżmarską Przełęcz z Doliny Dzikiej, a w
latach następnych przeszedł wiele nowych dróg w grani biegnącej od Wołoszyna do Koziego Wierchu.
Również pierwszy wszedł na Małą Buczynową Turnię, Wielką Buczynową Turnię i Kozie Czuby. Zrobił też
nowe przejścia między innymi w Basztach, na Krywaniu i Lodowym Szczycie. Od roku 1909 chodził po
górach także w zimie, a wybierał taki czas, kiedy była pełnia księżyca. Noc przy księżycu przedłużała mu
dzienną wędrówkę. Podczas wspinaczek i wycieczek górskich dużą wagę przywiązywał do walorów
estetycznych. Gadowski nie walczył o rekordy. Szukał w górach pięknych widoków uważając, że gór nie
można przeżywać tylko w sensie sportowym. Był propagatorem pięknej panoramy z Szerokiej Jaworzyńskiej
na turnie Lodowego Szczytu od wschodu oraz Ganku i Młynarza od południowego zachodu. Upodobał sobie
także grań o charakterze typowo wysokogórskim od Świnicy do Wołoszyna. Z tej Ämiłości" narodził się
pomysł uprzystępnienia jej miłośnikom tatrzańskich wędrówek i wybudowania tam ścieżki, a poeta
Franciszek Nowicki zaproponował dla niej nazwę ÄOrla Perć". W tej sprawie Gadowski wystosował do
Towarzystwa Tatrzańskiego memoriał. Do zrealizowania pomysłu potrzebna była subwencja, ponieważ
zaplanował na szlaku około 500 drogowskazów, 70 napisów, a jako ubezpieczenia zaproponował 40 klamer i
100 haków żelaznych. Cała ta akcja przez wiele osób została uznana za szaloną, niewykonalną, a przede
wszystkim zbyt kosztowną. Projekt utworzenia takiego szlaku poparł jednak ówczesny prezes Sekcji
Turystycznej Towarzystwa Tatrzańskiego Janusz Chmielowski.
Gadowski, nie czekając na pomoc finansową zaczął budowę - Rozpocząłem roboty 16-go lipca 1903 roku. W
odległości pięciu minut marszu przed wodospadami Mickiewicza wstrzymałem wózek z materyałami,
narzędziami i wiktuałami i około godziny 9-tej na smreku przydrożnym przybiłem tablicę z napisem: Na Orlą
Perć! Działo się to w obecności grona profesorów-taterników, a zwłaszcza inicyatora p. Fr. Nowickiego,
który tokajem z r. 1863 wniósł toast na powodzenie wyprawy.
Gadowski podczas prac już od samego początku miał wiele trudności. Podczas budowy, przy księdzu pozostał
jeden z najodważniejszych górali - Józek Budz. Ubezpieczyli i oznakowali szlak na odcinku od Wołoszyna do
Krzyżnego. Ze względu na załamanie pogody i brak pieniędzy roboty zostały wstrzymane. Dopiero po
wizycie delegatów Towarzystwa Tatrzańskiego - Stanisława Barabasza, Janusza Chmielowskiego i Franciszka
Nowickiego zaczęto kontynuować rozpoczęte prace. Przypuszczalnie ksiądz Gadowski otrzymał na ten cel
jakąś subwencję. Pozostały jednak trudności związane z naborem pracowników.
Ostatnim etapem budowy szlaku był odcinek od Koziego Wierchu do Zawratu. Towarzystwo pochwaliło się w
roczniku alpejskim, że buduje perć granią Tatr Polskich. Koszt ubezpieczeń tego odcinka szacował Gadowski
na 1000 koron. T.T. przyznało mu zaledwie połowę tej kwoty. - pisał Stanisław Kobiela.
Po wielu perypetiach zakończył Gadowski budowę ÄOrlej Perci" w roku 1906. Przeciwnicy tego pomysłu
zarzucali księdzu zbyt wysokie koszty jego realizacji. Dochodziło do wielu nieporozumień, następstwem czego
między innymi była decyzja Gadowskiego o wystąpieniu z Towarzystwa. Zrzekał się również kolejnych rat,
które mu przekazywano na ten cel. Z kolei sympatycy nazywali go ÄŻelaznym Księdzem" - zarówno od
noszenia na plecach żelaznych ubezpieczeń, jak i od żelaznej woli, którą posiadał przy budowie swojego
dzieła. Był również twórcą słynnego szlaku skałkowego w Pieninach - ÄSokolej Perci".
W 1904 roku został prezesem Sekcji Turystycznej Towarzystwa, a w 1922 roku Sekcja ta nadała mu
członkostwo honorowe.
Ksiądz Gadowski był także jednym z pierwszych znakarzy, a do malowania znaków używał jaskrawego
cynobru. To również spowodowało wiele konfliktów z Towarzystwem. W 1909 roku, Towarzystwo
Tatrzańskie - mimo tych wszystkich niesnasek - przyznało mu członkostwo honorowe.
Gadowski niemal do końca życia chodził po górach. W wieku 88 lat wszedł jeszcze na Kasprowy Wierch, a
mając 91 lat przy pomocy kleryków wyszedł na Zawrat. Zmarł 14 maja 1956 roku w Bochni.
Jolanta Flach

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
Z wizytą u Paryskich
Witold Henryk Paryski ukończył w ubiegłym tygodniu 87 lat. Z tej okazji prezes Koła Przewodników
Tatrzańskich w Zakopanem Jan Krupski i piszący te słowa, złożyli wizytę w domu państwa Paryskich na
Kozińcu. W imieniu wszystkich przewodników tatrzańskich przekazali oni Witoldowi Paryskiemu serdeczne
życzenia urodzinowe i życzenia dalszej wytrwałej pracy nad dokończeniem opracowanych dzieł i dotrwania w
zdrowiu do stu lat.
Przy tej okazji w towarzyskiej rozmowie dowiedzieli się oni nad czym obecnie pracują państwo Paryscy. W
dalszym ciągu trwają prace nad ukończeniem dwóch dużych słowników. Słownik Gwary Podhalańskiej Witold
Paryski opracowywuje wspólnie z żoną dr Zofią Paryską, która mimo swoich 95 lat pracuje jeszcze efektywnie
kilka godzin dziennie. Dużo materiałów do tego słownika otrzymali oni od Tadeusza Gąsienicy Giewonta.
Ponadto wykorzystali również inne źródła, w tym zapiski i opracowania Juliusza Zborowskiego. Prace nad
tym słownikiem potrwają prawdopodobnie jeszcze jeden rok. Drugie znacznie większe dzieło to Wielki
Słownik Historyczno - Geograficzny Tatr i Podtatrza. Będą w nim nazwy nawet sprzed 200 lat, występujące w
różnych językach - łacińskim, niemieckim, słowackim i polskim. Materiały do tego słownika są zbierane od
okresu przedwojennego, a tworzą na półce rząd 10 metrowej długości. Słownik ten będzie obejmował poza
Tatrami także Podhale, Spisz, Orawę i Liptów.
Z publikacji drobniejszych należy wspomnieć o artykule, który niebawem ukaże się w miesięczniku ÄGóry" o
pierwszych turystach w Tatrach, w którym Witold Paryski prostuje dotychczas powszechnie znaną wersję
pierwszej wycieczki w Tatry Beaty Łaskiej z mieszczanami kieżmarskimi w 1565 roku, twierdząc, że brał w
niej również udział jej mąż Olbracht Łaski. Ostatnio napisał także artykuł do Prac Pienińskich. Główny jednak
wysiłek skoncentrowany jest na doprowadzeniu do końca prac nad wspaniałymi słownikami.
Z niecierpliwością będziemy oczekiwać na ich ukazanie się na rynku wydawniczym.
(ar)

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
Polskie Stowarzyszenie Przewodników Wysokogórskich
Pod taką nazwą zostało zarejestrowane w Sądzie Wojewódzkim w Nowym Sączu w dniu 30 sierpnia br. nowe
stowarzyszenie, które zrzesza obecnie dwudziestu członków będących założycielami tej organizacji. Siedzibą
Stowarzyszenia jest Zakopane. Skupia ono przewodników oraz ratowników i taterników o wysokich
kwalifikacjach górskich.
Konieczność utworzenia takiej organizacji wynikła z aktualnego zapotrzebowania na przewodników
reprezentujących wysokie umiejętności w zakresie taternictwa, przewodnictwa i narciarstwa
wysokogórskiego, mogących prowadzić klientów nie tylko na trudniejsze szczyty i ściany tatrzańskie, ale
również w inne wyższe góry Europy i świata.
Jest rzeczą oczywistą, że ta nieliczna grupa przewodników będzie musiała przejść szkolenie na kursach
organizowanych w Tatrach i Alpach. Będą to kursy: narciarski, skalny, lodowcowy, lawinowy, ratowniczy.
Dopiero po ich zaliczeniu kandydat na przewodnika wysokogórskiego będzie mógł otrzymać dyplom
przewodnika UIAGM - Międzynarodowego Zrzeszenia Związków Przewodników Górskich. Polskie
Stowarzyszenie Przewodników Wysokogórskich czyni bowiem starania o wejście do UIAGM, a w
najbliższym czasie wyjadą na posiedzenie tej organizacji w Zermatt Piotr Konopka i Arkadiusz Gąsienica
Józkowy. PSPW ma w swoim statucie określone cele, jakimi są - rozwijanie inicjatyw i działań sprzyjających
turystyce wysokogórskiej i propagowanie alpinizmu, upowszechnianie wiedzy o górach, ochronę przyrody gór
oraz zapewnienie bezpieczeństwa turystom wysokogórskim.
W ubiegłym tygodniu odbyło się pierwsze Walne Zgromadzenie członków założycieli tego Stowarzyszenia,
które dokonało wyboru władz. Prezesem PSPW został Piotr Konopka, a czteroosobowy Zarząd ukonstytuował
się następująco: Arkadiusz Gąsienica Józkowy został wiceprezesem do spraw szkolenia, Marcin Kacperek -
sekretarzem, Andrzej Lejczak - skarbnikiem. Czwartym członkiem Zarządu jest Jan Tybor. Wybrano także
Komisję Rewizyjną. Jej przewodniczącym został Jacek Bilski, a członkami Józef Olszewski i Apoloniusz
Rajwa.
Po opracowaniu regulaminu i szczegółowych kryteriów dotyczących przyjmowania nowych członków, to
szczupłe grono z pewnością się powiększy, jednak wymogi dla kandydatów będą wysokie. Prawdopodobnie
pierwsze szkolenie dla członków PSPW odbędzie się już w listopadzie. Będzie to szkolenie narciarskie w
Alpach.
Apoloniusz Rajwa

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
Śmieci w śniegu i błocie
Ulewne deszcze na Podtatrzu oraz zadymki śnieżne w górach praktycznie udaremniły zaplanowaną na ubiegły
weekend akcję sprzątania świata w Zakopanem i w Tatrach.
We wszystkich punktach sprzedaży biletów wstępu na teren TPN przygotowano worki na śmieci.
Sprzątających wpuszczano za darmo, ale niewielu turystów decydowało się wziąć worek zamiast biletu do
parku. W piątek, 13 września doliczono się ich prawie stu, ale w niedzielę było to już tylko kilkanaście
osób.
Władze miasta przydzieliły wszystkim szkołom worki i rękawice oraz mapkę terenu przeznaczonego do
wysprzątania. Nauczyciele nie zdecydowali się jednak wyjść z dziećmi na deszcz. Akcję przeniesiono na
najbliższy wtorek, 24 września.
mag

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
Julijskie wspomnienia prababci
Świetnie napisany, pełen ciekawych spostrzeżeń, przeżyć i refleksji opis tegorocznego wyjazdu w Alpy
Julijskie pióra Maćka Rysuli, ożywił przysypane już popiołem niepamięci, moje wrażenia z pierwszego
pobytu zakopiańczyków w tych górach.
Działo się to dawno temu, w lipcu 1963 roku - do naszego Górskiego Pogotowia Ratunkowego dotarło
zaproszenie z Slovenskiej Gorskiej Re ervalnej Sluby (odpowiednik polskiego GOPR) na wyjazd w Alpy
Julijskie i Kamniskie (Sawińskie). Kierownictwo GOPR przekazało je Zbigniewowi Korosadowiczowi,
ówczesnemu prezesowi Zakopiańskiego Koła Klubu Wysokogórskiego, który postanowił zrealizować wyjazd.
Jak wiadomo nie łatwo było wówczas wyjechać gdzieś dalej za granicę, sporo więc trudu kosztowało
zdobycie paszportów z pieczątką Äwszystkie kraje świata". Ale dzięki życzliwości Zarządu Głównego Klubu
i pomocy nieocenionej Hanki Wiktorowskiej udało się przezwyciężyć przeszkody. Nie odbywało się przy tym
bez niespodzianek. Pierwsza spotkała naszą grupkę - ośmiu członków Klubu i cztery osoby zaprzyjaźnione -
na przejściu zagranicznym w Zebrzydowicach - celniczka bowiem kazała nam się zaszczepić przeciw ospie.
Podobno wtedy zdarzył się wypadek, zachorowania we Wrocławiu. Nie pomogły tłumaczenia, że przecież
wszyscy byliśmy kiedyś szczepieni, władza była nieugięta. Po burzliwej dyskusji każdemu z nas w
Änagrodę" dostała się spora dawka szczepionki.
Jechaliśmy pociągiem przez Wiedeń, Lublanę i po krótkim pobycie w Kranjskiej Gorze, gdzie czekali na nas
trzej przemili, znakomici przewodnicy: Vid Mesarir, Drago Zagorc i Peter oretin, oraz Äopiekun" Ciril
Prarek, dotarliśmy terenowym wozem Górskiej Służby doliną Pi nicy pod Przełęcz Vr ir (1615 m). Był to
mój pierwszy wyjazd w góry wyższe niż Tatry, a przy tym zupełnie inne. Z głębokiej bowiem doliny
wystrzelały wokół tysiącmetrowe wapienne ściany! Krajobraz w Tatrach urozmaicają liczne jeziora i bogata
roślinność, których brak w tej części Alp. Prawie nie ma lasów, ani kosodrzewiny, porastającej tatrzańskie
zbocza, jest sucho, dziko i pusto. Tak było przynajmniej wtedy, trzydzieści lat temu.
Namiot ustawiliśmy na wysokości 1540 m w pobliżu potoczka, by bliżej było do wody. Tymczasem nad
ranem, między trzecią i czwartą godziną 22 lipca spotkała nas druga niespodzianka: rozpętała się wielka burza
z gradem i strugami deszczu. W oka mgnieniu potoczek przemienił się w rwący potok, którego fale zaczęły
zalewać nasze namioty. W popłochu zbieraliśmy rzeczy i sprzęt i uciekliśmy do niedalekiego schroniska
Erjavreva Kora (1525 m), gdzie powiedziano nam, że właśnie w tym czasie nastąpiło trzęsienie ziemi w
dalekim Sarajewie, które zburzyło znaczną jego część. Po tej przygodzie jeden dzień musieliśmy poświęcić
na wysuszenie rzeczy i sprzętu w pięknym słońcu, które ukazało się nazajutrz i towarzyszyło nam przez cały
czas pobytu.
Trzeciego dnia, w ramach nabierania kondycji piątka z nas, w tym i ja, wybrała się na Äzdobycie" Prisojnika
(2547 m), którego ściany widniały nad naszym obozem. Wejście na niego od północy turystyczną drogą
(koło wspaniałego Äokna") ubezpieczoną żelaznymi bolcami (nie klamrami) i długą drabiną nie jest zbyt
trudne, lecz przepaściste, wymagające braku wrażliwości na ekspozycję. Za to ze szczytu jest rozległy widok
na otaczające morze szczytów: na Jolovec (2643 m) i jego wspaniałą wschodnią ścianę, na odległy Razor
(2.678 m) na strzelistą Skrlaticę (2740 m), na Mangart (2678 m) - marzenie alpinistów, ale znajdujący się już
po włoskiej stronie i wiele innych. Zejście z Prisojnika na południe jest łatwiejsze, za to trzeba przebrnąć
przez olbrzymie pole piargów, zalegające jego podstawy.
Gdy koledzy odpoczywali w namiotach mnie skusiło wejście na przełęcz Vrsive i zejście na stronę włoską w
piękną, rozległą dolinę T-renty, co odbyło się bez przykrych następstw, mimo, że zapomniałam wziąć ze sobą
paszport.
Po aklimatyzacji i zapoznaniu się z możliwościami wspinaczkowymi, podzieliliśmy się na małe zespoły: ja z
Staszkiem W. i Jankiem K., oraz Äopiekunem" grupy Cirilem wspięliśmy się na północną ścianę na pobliską
Małą Mojstrovkę (2332 m). Wspinaczka na nią Äzapieraczką", w paru miejscach bardzo trudna w mokrych
kominkach, sprawiła mi przyjemność, gdyż chodząc wiele po jaskiniach przyzwyczajona byłam do takiej
techniki.
Dwa następne dni zajęły nam wycieczki krajoznawcze na: Kotove Sedlo (2134 m) i na Kotovą opicę (2176 m),
doliny Tomar oraz przejazd do doliny V-rata pod słynny Triglav (2853 m), którego północna ściana o
rozpiętości do 3 kilometrów jest jedną z najpiękniejszych ścian alpejskich. Na tym ogromnym, wapiennym
uskoku, wznoszącym się po bokach od 800 m do 1500 m w partii środkowej, Polacy poprowadzili do dnia
dzisiejszego szereg dróg o zróżnicowanej skali trudności od II do VI, a nawet VI+, ale my stanowiliśmy
pierwszą grupę z Zakopanego. Namiot rozbiliśmy w skąpym lasku w pobliżu schroniska Aljaev Dom (1015
m). Koledzy w kolejnych wspinaczkach pokonali ÄDrogę Bawarską", ÄDługą Niemiecką" oraz ÄNiemiecką
przez Okno" (Staszek W., Marian K., Jurek W., Staszek O., wraz z Drago Z. i Crilem P.), natomiast ja i
Janek K. oraz Vid M. poszliśmy na ÄDrogę Sloveńską". Droga ta, wprawdzie miejscami tylko trudna (III),
ale długa - około 30 wyciągów liny - utkwiła mi w pamięci z różnych powodów: miałam wtedy 39 gorączki i
wielki ropień na ramieniu (szczepienie dało znać o sobie), który zdarłam wspinając się w którymś z kolei
kominku. Mijaliśmy przy tym tablice z nazwiskami osób, które na tej drodze zginęły - zwyczaj u nas nie
praktykowany, wreszcie po paru godzinach wkroczyliśmy na wielkie pole firnowe z Äpenitentami", po
których szłam po raz pierwszy. Nad polem tym wznosi się łatwa już grań szczytowa. Powrotna droga
prowadziła przez ÄPrag" (ÄPróg"), z którego zejście ubezpieczone jest żelaznymi hakami.
Później przenieśliśmy się w Alpy Sawińskie (Kamniskie), przypominające nieco Dolomity Włoskie, gdzie
dokonaliśmy dwóch ciekawych wejść: na Ojstricę (2349 m) północną ścianą i na Planjawę (2339 m)
zachodnią ścianą Jurgova Drogą i Brinrkov Kominem.
Tak więc sporym sukcesem zakończył się pierwszy powojenny wyjazd Zakopiańczyków w góry inne niż
Tatry.
Zofia Stecka

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
Kronika TOPR
Bardzo złe warunki atmosferyczne, opady deszczu, a wyżej śniegu, wiatr i mgła do minimum ograniczyły
górskie wędrowanie. Ratownicy mieli więc stosunkowo niewiele pracy.
10 września zdarzyły się dwa na szczęście niegroźne wypadki. W Wąwozie Kraków kontuzji nogi doznała
turystka ze Świdnika, a na Skupniowym Upłazie kontuzji stawu skokowego doznała 75-letnia turystka z
Warszawy. Obie poszkodowane przewieziono do zakopiańskiego szpitala.
14 i 15 września trwał kurs ratownictwa z powietrza. Kilkunastu młodych ratowników pod okiem
instruktorów: Mieczysława Kołodziejczyka, Andrzeja Blachy i Arka Józkowego doskonaliła swe
umiejętności. Szkolenie obejmowało desanty ze śmigłowca, zjazdy na linie, wciąganie poszkodowanego na
pokład śmigłowca z pomocą windy oraz naprowadzane śmigłowca na miejsce lądowania. W trakcie szkolenia
ÄSokoła" pilotował kpt. Andrzej Brzeziński.
Adam Marasek

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
Nożem po kole
W minioną niedzielę, 15 września Sławomir Ż., Amerykanin polskiego pochodzenia, postanowił wraz z
kolegą odwiedzić dyskotekę ÄPassport" przy ul. Nowotarskiej. Przyjechał terenowym nissanem terrano, a że
to dość drogi samochód, postawił go na płatnym parkingu obok dyskoteki. Około godziny 20.00 Sławomir
Ż. wyszedł z lokalu. Pomiędzy nim i parkingowym doszło do awantury dotyczącej uiszczenia opłaty za postój.
Ponieważ Amerykanin nie miał drobnych, poprosił swojego kolegę, który przyjechał innym autem, aby za
niego zapłacił. Ten podobno to uczynił, jednak suma nie zadowoliła osoby obsługującej parking. Gdy pan
Sławomir uruchomił silnik w nissanie chcąc odjechać, parkingowy wyciągnął nóż i... dźgnął koło zapasowe
umocowane z tyłu pojazdu.
Właściciel auta wycenił wyczyn nożownika z parkingu na 800 zł.
Opisany powyżej przypadek, to najciekawszy sposób pobierania opłaty parkingowej, o jakim do tej pory
słyszeliśmy. A tak na przyszłość, aby klienci nie byli zaskoczeni tymi Äeuropejskimi" metodami, dobrze by
było na bloczku parkingowym wydrukować napis: Uwaga, opornych straszymy nożem!
(gram)

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
Cywilizacja na Gubałówce
Walne Zgromadzenie SEWIK-u podjęło decyzję o włączeniu Gubałówki do planów inwestycyjnych spółki.
Budowę sieci wodociągowej i kanalizacyjnej dla znajdujących się tam budynków przewiduje się na lata 1999-
2000. Wcześniej jednak decyzja ta uzyskać musi akceptację Rady Miasta.
Woda pitna doprowadzona ma być na Gubałówkę z istniejącego ujęcia na Gładkiem. Wodociąg o długości
ok. 2 tys. metrów kosztować będzie 550.000 zł (5,5 mld starych zł). Koszty będą niższe jeżeli uda się
wykorzystać do tego celu stary rurociąg i zbiornik.
Sieć kanalizacyjną podobnej długości wyceniono orientacyjnie na 700.000 zł (7 mld starych zł). Ścieki z
Gubałówki odprowadzane będą do miejskiej oczyszczalni na Spyrkówce. Nie określono jeszcze którędy
przebiegać będzie główny kolektor. Wstępnie bierze się pod uwagę Gładkie albo Kotelnicę.
mag

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
Kto zapłaci 8 mld zł.
"Kolorowa" na sprzedaż
Klamka zapadła, Rada Miasta Zakopanego postanowiła sprzedać 1/3 część nieruchomości przy
Krupówkach, dawną własność Janiny Krzysiakowej. Od 1990 roku nieruchomość znana pod nazwą
"Kolorowa" należy w 2/3 do Andrzeja Stocha, w 1/3 do Miasta. Marek Kozioł, ówczesny naczelnik miasta
kupił ją za niespełna 260 mln zł. Transakcja ta była później przedmiotem sądowych badań. Prokuratura
zarzuciła naczelnikowi i kilku innym urzędnikom niegospodarność. Ostatecznie transakcja się odbyła i 1/3
część nieruchomości Kolorowej zapisano po stronie dóbr urzędu miasta.
Do załatwienia pozostawała jeszcze sprawa współużytkowania gruntem i budynkami pomiędzy dwoma
nowymi właścicielami. Ostatecznie podpisano umowę, na podstawie której do dzisiaj Urząd użytkuje część
obiektów położonych od strony ul. gen. Galicy. Pozostałą, stosownie większą częścią dysponuje Andrzej
Stoch.
Przetarg na 1/3 część "Kolorowej", własność miasta, odbędzie się 26 września. Mimo, że wadium, które
ustalono na 400 mln starych zł jeszcze nikt nie wpłacił, wśród zainteresowanych kupnem wymienia się kilka
osób. Prawdopodobnie do przetargu stanie Andrzej Stoch. Nieoficjalnie mówi się także o Rafale Soniku,
właścicielu budynku i nieruchomości, w której mieści się restauracja Mc Donald, sąsiadująca z restauracją
Kolorowa. Ostatnio pojawiło się także nazwisko Adama Fedyka, współwłaściciela kamienicy na rogu
Krupówek i gen. Galicy. Nie wiadomo jednak, kto ostatecznie zdecyduje się przystąpić do przetargu. Wśród
zainteresowanych panuje przekonanie, że cena wywoławcza jest zbyt wysoka i nie łatwo będzie sprzedać
miastu tę nieruchomość. Zdaniem osób zajmujących się obrotem nieruchomościami, na Podhalu tego typu
tereny lub obiekty dotychczas sprzedawało się zbyt tanio i cena przetargowa na Kolorową jest ich zdaniem
właściwa.
JJ

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
Trwa ostatnia faza śledztwa.
Mistrz stanie przed sądem
Stefan Piotr K., mistrz świata w wyciskaniu w leżeniu, zamieszany w aferę słynnego już wyjazdu grupy osób
do USA z fałszywymi wizami, w najbliższym czasie stanie przed sądem. Jak już informowaliśmy, mistrz po
złożeniu stosownej kaucji, jest na wolności. Od kilku dni w zakopiańskiej prokuraturze zapoznaje się z
aktami, które zajmują łącznie kilkadziesiąt tomów. - Jest to ostatnia faza śledztwa - mówi prokurator Artur
Schmyd z prokuratury wojewódzkiej w Nowym Sączu - W praktyce, zapoznanie z aktami odbywa się tuż przed
rozprawą sadową. Pan K. jednak często choruje i przedstawia zaświadczenia o złym stanie zdrowia, co
znacznie opóźnia całą sprawę. A zatem, trudno powiedzieć, kiedy rozpocznie się proces - Nieoficjalnie
dowiedzieliśmy się, że akt oskarżenia zawiera 11 zarzutów przeciwko Stefanowi Piotrowi K. Są to czyny,
które obejmują kodeks karny, ustawę karno-skarbową oraz ustawę o rachunkowości. Które zarzuty postawione
przez prokuratora zostaną udowodnione - rozstrzygnie sąd.
Nie wiadomo, czy kilkadziesiąt poszkodowanych osób, uczestników niefortunnej wycieczki do USA odzyska
utracone pieniądze. Niektórzy zapłacili po 6-7 tys. dolarów. Inni, np. ci którzy zabrali dzieci, wpłacili
prezesowi Polskiego Związku Sportów Siłowych po kilkanaście a nawet kilkadziesiąt tysięcy dolarów.
Prawdopodobnie równolegle ze sprawą karną odbywać się będzie proces z powództwa cywilnego. Zwrotu
pieniędzy oczekuje ponad 40 osób.
TD

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
Lejburzysta w Zakopanem
Tom Pendry, minister sportu w brytyjskim gabinecie cieni, tworzonym przez Labor Party odwiedził ostatnio
Zakopane. Podejmowany był przez burmistrza Adama Bachledę Curusia. Oglądał skocznie pod Krokwią
oraz urządzenia narciarskie na Nosalu. Odbył też wycieczkę na Kasprowy Wierch. Interesował się procesem
szkolenia polskich sportowców oraz kandydaturą Zakopanego do organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich
w 2006 r.
mag

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
Którędy do Chochołowa?
Dzięki Ädrogowcom" remontującym ponownie most u wylotu Doliny Chochołowskiej, na drodze Zakopane -
Czarny Dunajec, w najbliższych dniach do Witowa i Chochołowa będziemy zmuszeni jeździć przez Nowy
Targ.
Rzeczony most, w ubiegłym roku, był remontowany przez cały letni sezon. Każdy, kto posiada swoje własne
Äcztery kółka" i do niedawna jeździł dalej niż wylot Doliny Chochołowskiej, doskonale się orientuje, że
remontowane Äcudo" przypomina tarkę. Taka sytuacja trwała jeszcze do minionego tygodnia, ale nie łudźmy
się, że jest lepiej. Od paru dni, na długości około pięćdziesięciu metrów przed i za mostem, powierzchnia
drogi przypomina z kolei pojemnik na jajka wypełniony wodą. W tym miejscu można jedynie ostrzec
kierowców i skierować ich na Nowy Targ, Czarny Dunajec i dopiero do Chochołowa ponieważ droga w
zasadzie jest nieprzejezdna.
Dyrekcja Okręgowa Dróg Publicznych w Nowym Targu i przedsiębiorstwo wykonujące prace zlecone
beztrosko poinformowała, że zrywana jest nawierzchnia drogi. Można zadać pytanie - co dalej?
jof

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
Gimnastyka z wuefem
Od 1 września, zgodnie z obowiązującą od 18 stycznia br. ustawą o kulturze fizycznej, przedszkola, szkoły,
placówki oświatowo-wychowawcze, a także szkoły wyższe zobowiązane zostały do zwiększenia ilości godzin
wychowania fizycznego do co najmniej 3 tygodniowo. W niemal połowie zakopiańskich szkół podstawowych
skomplikowało to i tak trudną sytuację z zajęciami WF. Na dodatek do tej pory nie wiadomo, ile wyniesie
korekta tegorocznej subwencji MEN, która ma zostać podana Äw odrębnym trybie".
Najgorzej jest, gdy pada deszcz. Wtedy w szkołach, które nie mają sali gimnastycznej - a na dziewięć jest ich
cztery - zajęcia muszą odbywać się na korytarzu. Zresztą korytarz wykorzystywany jest także w pozostałych
szkołach, gdyż dostęp do sali możliwy jest tylko dla jednej grupy ćwiczących. Co jednak zrobić, gdy tak jak
w Äpiątce", czy Äszóstce" korytarze są wąskie, a przez drzwi do klas wszystko słychać. W miarę dobra
sytuacja panuje jedynie w szkole nr 2, 3 i 9. Wybawieniem jest dobra pogoda lub pomysłowość nauczycieli.
Przy wszystkich szkołach są w miarę dobre boiska sportowe. Łącząc godziny, organizowane są także zajęcia
zastępcze - wycieczki, jazdy na nartach, nauka tańca, czy zasad ruchu drogowego. Wszystkie szkoły
zaplanowały także w tym roku w ramach zajęć WF naukę pływania. Czy jednak rozwiąże to sytuację na
dłuższą metę? Budowa nowych sal gimnastycznych wydaje się nierealna, gdy nie starcza pieniędzy na remont
istniejących. A co będzie, gdy - jak przewiduje ustawa - od września 1998 roku w programie znajdą się
obowiązkowo cztery godziny WF tygodniowo, a od roku 2000 pięć?
(aza)

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
Od ponad trzech lat prowadzone są bezowocne poszukiwania dwóch warszawianek,
Ernestyny Wieruszewskiej i Anny Semczuk, które w styczniu 1993 r. nie wróciły z ferii
spędzanych w Zakopanem.
Czy warszawianki zostały sprzedane?
Rodzice zaginionych nie ustają w poszukiwaniach, które prowadzone były nie tylko na Podhalu, ale objęły
także obszar całego kraju. Sprawdzano każdy szczegół, nie lekceważono nawet najdrobniejszego sygnału. Za
pomocą kamery termowizyjnej spenetrowano całe Tatry. Oprócz policji w sprawę rozwikłania tajemniczego
zaginięcia rodzina zaangażowała jasnowidzów, którzy twierdzili, że dziewczyny żyją, ale są gdzieś siłą
przetrzymywane. Ta sugestia skłoniła rodziców do odwiedzenia różnych ośrodków religijnych i sekt
podejrzewając, że tam mogą być więzione wbrew swojej woli. W prasie pojawiały się artykuły o zaginionych
i ich zdjęcia, w telewizyjnym programie 997 wystąpili rodzice poszukiwanych, z apelem o pomoc w
odnalezieniu ich córek. Wszystko bezskutecznie. Prokuratura chciała już umorzyć śledztwo, gdy
nieoczekiwanie pojawił się nowy ślad.
Jak poinformował nas prokurator Artur Szmyt z Prokuratury Wojewódzkiej w Nowym Sączu, ostatnio zgłosili
się świadkowie, którzy twierdzą, że widzieli dziewczynę podobną do jednej z poszukiwanych, w towarzystwie
mieszkańca Szczecina, Piotra R., oskarżonego o handel kobietami! Oprócz niego w sprawę wywozu kobiet do
zachodnich domów publicznych zamieszany jest także 32-letni Włodzimierz R. W lipcu br. szczecińska
prokuratura skierowała do sądu akt oskarżenia, zarzucając im sprzedanie za granicę ponad pięćdziesięciu
kobiet. Czy wśród nich rzeczywiście są poszukiwane warszawianki, Ernestyna i Anna, dowiemy się
niebawem.
(gram)

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
50 lat Szkoły Podstawowej na Cyrhli
1 września 1946 r. rozpoczęła działalność Szkoła Podstawowa na Cyrhli. Stało się to możliwe dzięki
inicjatywie Izydora Majerczyka, który własny dom przeznaczył na klasy lekcyjne. Później siedzibą szkoły był
budynek Domu Wczasowego ÄBaśka". W grudniu 1968 r., dzięki staraniom dyrektora Jana Pyzowskiego,
oddano do użytku nowy budynek szkolny.
Do 1946 r. dzieci z Cyrhli uczyły się w Szkole Podstawowej na Olczy lub w Szkole Podstawowej nr 3 w
Zakopanem.
Aktualnie w Szkole Podstawowej nr 7 jest osiem oddziałów szkolnych oraz jeden oddział przedszkolny dla
dzieci sześcioletnich, łącznie 132 uczniów. Dyrektorem szkoły jest pani mgr Dorota Drewniacka. Oprócz
podstawowej działalności dydaktycznej prowadzone są różne zajęcia pozalekcyjne. Przy szkole funkcjonuje,
utworzony z inicjatywy Rady Rodziców, zespół regionalny ÄMałe Janosiki". Działa także teatrzyk szkolny
ÄKor-Mak" i ognisko sportowe narciarstwa biegowego. Wyposażenie w sprzęt sportowy oraz trenera zapewnia
AZS, który sprawuje patronat nad ogniskiem. W najbliższym czasie młodzi sportowcy wyjeżdżają na
wycieczkę do Włoch.
Szkoła posiada pracownię wyposażoną w osiem komputerów. W ramach zajęć z techniki dzieci uczą się
obsługi sprzętu komputerowego. Od kilku lat obowiązkowym językiem obcym jest niemiecki.
Szkoła Podstawowa na Cyrhli jest najwyżej położoną i najbardziej oddaloną od centrum placówką oświatową
w Zakopanem.
Uroczystość 50-lecia szkoły, zaplanowana na 27 września br. rozpocznie się o godz. 9.00 mszą świętą
w kościele Miłosierdzia Bożego na Cyrhli.

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
Przekwaterowania legalne i konieczne
W poprzednim numerze ÄTP" ukazał się protest mieszkańców budynku przy ul. Cichej Wody 4a, dotyczący
przekwaterowania ich do lokali zastępczych. Sprawa ta wymaga następujących wyjaśnień.
Budynek przy ul. Cichej Wody 4a kupiony został przez miasto z przeznaczeniem na mieszkania komunalne. W
celu jednak wygospodarowania maksymalnej ilości mieszkań o odpowiednim standardzie trzeba ten budynek
poddać gruntownej przebudowie. Przebudowa zaś niemożliwa jest bez wcześniejszego przekwaterowania
lokatorów.
Zakopiański samorząd nie posiada niemal żadnych rezerw mieszkaniowych. Wyszukano więc Äz odzysku" 4
lokale i przekazano je po kolejnych rozmowach z lokatorami do użytkowania. Lokale te zostały na koszt
miasta przystosowane do potrzeb mieszkańców i spełniają określone prawem warunki mieszkań zastępczych.
Poruszone w liście problemy zostały przejaskrawione w celu uzyskania lepszych lokali. Temu celowi służyło
również nadanie sprawie rozgłosu i włączenie do niej szeregu instytucji oraz osób. Dodać trzeba na koniec, że
niektórzy mieszkańcy budynku przy ul. Cichej Wody 4a byli szczególnie uciążliwymi lokatorami.
Zygmunt Zakrzewski

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
Zakopiańskie szkoły
Oprócz samorządowych szkół podstawowych w naszym mieście funkcjonują od 2 września br. także inne
tego typu placówki oświatowe, w których naukę pobiera łącznie około stu dzieci. Są to:
- Państwowa Podstawowa Szkoła Artystyczna prowadzona przez Ministerstwo Kultury i Sztuki,
- Katolicka Szkoła Podstawowa prowadzona przez lokalne koło Stowarzyszenia Rodzin Katolickich przy
Parafii Świętej Rodziny w Zakopanem,
- Społeczna Szkoła Podstawowa prowadzona przez Społeczne Towarzystwo Oświatowe w
Zakopanem.
Uczniom uczęszczającym do tych szkół, a także nauczycielom życzymy w nowym roku szkolnym samych
sukcesów.

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
Klub sportowy ÄGorce"
Bez barier
Klub Sportowy ÄGorce" to jedno z niewielu miejsc dostępnych dla osób niepełnosprawnych, w Nowym
Targu. Stało się to możliwe dzięki remontowi obiektu zakończonemu w lipcu tego roku.
Do ośrodka prowadzi teraz szeroki, betonowy podjazd, który bez większego problemu mogą pokonać także
osoby na wózkach. Drzwi wejściowe wymieniono na nowe - posuwne i szersze od poprzednich. Z myślą o
niepełnosprawnych wymieniono także siedem innych drzwi znajdujących się wewnątrz budynku. Przerobiono
też WC.
Niepełnosprawni będą teraz mogli korzystać także z pobliskich domków turystycznych. Do dwóch z nich
zamiast schodów prowadzi specjalny podjazd, drzwi zostały wymienione na szersze. Przerobiono też łazienkę
z WC i wyposażono ją w sygnalizację alarmową. Dzięki specjalnym poręczom i podciągom osoby na wózku
mogą korzystać tu z natrysku, czy bez problemu podjechać pod umywalkę.
Inwestycja kosztowała 70 tys. zł. Finansował ją klub, część kosztów pokrył nowotarski magistrat, dołożył
też Wojewódzki Fundusz Osób Niepełnosprawnych w Nowym Sączu.
Nowotarski klub odwiedzany był już wcześniej przez sportowców inwalidów. Do tej pory trenowali w
ÄGorcach" koszykarze, do mistrzostw Polski przygotowywała się także nowosądecka grupa lekkoatletów.
Władze klubu liczą, że ośrodek przy Alejach 1000-lecia upodobają sobie także osoby niepełnosprawne z
Podhala.
BZ

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
Przeprowadzka z lazaretu
Od 9 września w Nowym Targu rozpoczęła się przeprowadzka oddziału chirurgii ze starego budynku do
pawilonu D w nowym szpitalu. W nowym miejscu pacjenci i personel zyskali nieporównywalny komfort,
chirurgiczną czystość niemożliwą do utrzymania w starym budynku, a także nowy sprzęt.
Na oddziale chirurgii panowały dotąd warunki przypominające bardziej lazaret niż szpital. Pacjenci tłoczyli się
nawet w 16-osobowych salach. Bywało, że musieli leżeć na korytarzu. Sala operacyjna była dzielona z
pacjentkami oddziału ginekologicznego. Brak było podstawowego sprzętu. Aparatura rentgenowska była
bardzo stara i wykonywała niedokładne zdjęcia.
Nowy 58-łóżkowy oddział złożony jest wyłącznie z 2-,3- i 4-osobowych pokoi. Został wyposażony w nowe
meble, wygodniejsze łóżka, nowoczesne stoły operacyjne, stoły opatrunkowe i wózki. Do dyspozycji chorych
oddano też salę dziennego pobytu, w której znajduje się telewizor i magnetowid.
Na oddziale jest też nowy aparat rentgenowski - zdalnie sterowany, skomputeryzowany, który wykonuje
zdjęcia bardzo dobrej jakości.
Nowotarski oddział chirurgii jest jednym z nielicznych w Polsce, w którym wprowadzono dokumentację
lekarską typu HINZ zastępującą prowadzone dotychczas zeszyty i raporty.
- Teraz jesteśmy w stanie skrócić okres pobytu pacjenta w szpitalu - zapewnia ordynator oddziału
chirurgicznego Wit Radwański. Jest to możliwe dzięki dwóm salom operacyjnym, które pozwolą na skrócenie
okresu oczekiwania na zabieg. - Do naszej dyspozycji jest też wspaniałe laboratorium analityczne wyposażone
w najnowocześniejszy sprzęt, które pozwala na wykonanie w krótkim czasie całej serii badań z jednej próbki
krwi - dodaje ordynator.
Mimo że oddział wymaga jeszcze doposażenia, warunki w nowym budynku są nieporównywalnie lepsze.
W pawilonie D znajduje się także oddział psychiatryczny, stacja dializ, poradnia kardiologiczna, cukrzycowa i
chirurgii szczękowej, laboratorium oraz ambulatorium chirurgiczne.
Dla oddziału chirurgicznego znajdującego się na pierwszym piętrze jest to siedziba tymczasowa. W
przyszłości zostanie przeniesiony do sąsiedniego pawilonu, którego budowa jeszcze trwa.
Znajdą się tam także pomieszczenia rehabilitacyjne z basenem, salami gimnastycznymi i salami masażu.
Natomiast pierwsze piętro pawilonu D, skąd wyprowadzi się oddział chirurgiczny, najprawdopodobniej
zasiedli Ächirurgia jednego dnia" - miejsce, gdzie wykonywane będą zabiegi, które nie wymagają dłuższego
pobytu w szpitalu. Według innej koncepcji może tam znaleźć miejsce przeniesiony z Zakopanego oddział
torakochirurgii (chirurgia klatki piersiowej) lub wydzielony oddział urologiczny.
BZ

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
Podpalacz przed sądem
17 września wpłynął do Sądu Wojewódzkiego w Nowym Sączu akt oskarżenia przeciwko Józefowi G.,
któremu nowotarska prokuratura zarzuciła próbę podpalenia zabudowań należących do matki.
Zdarzenie miało miejsce 20 kwietnia tego roku.
52-letni mieszkaniec Nowego Targu, Józef G. kłócił się ze swoim bratem Andrzejem i matką od wielu lat.
Powodem były nieporozumienia majątkowe. Spór zawsze zaogniał się, po wypiciu alkoholu przez Józefa G.
20 kwietnia awantury pomiędzy braćmi rozpoczęły się już rano. Gdy Andrzej G. wybrał się matki
mieszkającej w pobliżu, by nakarmić bydło w jej oborze, zastał zabite gwoździami drzwi. Powiadomił o
zdarzeniu policję. W między czasie Józef G. zaczął rąbać siekierą sporny płot. Bratowa, która próbowała mu
w tym przeszkodzić została obrzucona wyzwiskami. Józef G. groził jej też pobiciem i podpaleniem.
Potem agresywny mężczyzna wybrał się na miasto, gdzie wraz ze swoimi kompanami wypił kilka butelek
alkoholu. Picie wódki kontynuował także po powrocie do domu. Około godz. 18 wszedł do stodoły swojej
matki, podpalił siano, od którego wybuchł pożar. Na szczęście skończyło się tylko na spaleniu stodoły i
stajni. Część mieszkalna została uratowana tylko dlatego, że ogień został natychmiast zauważony, a w cztery
minuty od zgłoszenia strażacy byli już na miejscu.
Podejrzany o podpalenie Józef G. miał w chwili zatrzymania 1,29 promila alkoholu we krwi. Został
aresztowany i do tej pory przebywa w zakładzie karnym w Nowym Sączu. Nie przyznaje się do winy. Przed
sądem odpowie za umyślne wzniecenie ognia, a także groźby spalenia i pobicia, które skierował do swojej
bratowej tego samego dnia. Grozi mu kara od 3 do 15 lat.
Beata Zalot

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
Wojsławski odwołany
16 sierpnia Cezary Wojsławski został odwołany ze stanowiska dyrektora ZOZ-u w Nowym Targu.
Decyzję taką podjął wojewoda Marek Oleksiński, mimo, że była temu przeciwna większość związków
zawodowych na terenie szpitala, a także Rada Nadzorcza ZOZ-u w Nowym Targu. Do końca tego roku
dyrektorski stołek będzie piastował dr Jerzy Mroczka.
Skarga na dyrektora
Trzy tygodnie temu (TP nr 35) pisaliśmy o niespodziewanej wizycie w Nowym Targu wojewody
nowosądeckiego - Marka Oleksińskiego. Tematem spotkania w magistracie była skarga na dyrekcję
nowotarskiego szpitala, złożona przez Niezależny Samorządny Związek Zawodowy Pracowników ZOZ-u w
Nowym Targu, któremu przewodniczy Stanisław Jarmoliński. Odczytano też wyniki kontroli, dokonanej przez
specjalną komisję powołaną przez wojewodę. Jak się okazało większość z tych zarzutów sądecka komisja
uznała za bezpodstawne. Uczestników spotkania zaniepokoił natomiast fakt dużego zainteresowania władz
wojewódzkich finansami związanymi z budowanym w stolicy Podhala szpitalem.
Domysły i obawy
W mieście pojawiły się głosy, że rozgrywki personalne mają ułatwić władzom nowosądeckim przejęcie
pieniędzy, które dzięki staraniom poprzedniego wojewody Wiktora Sowy, płyną na Podhale bezpośrednio z
Warszawy, z ominięciem budżetu wojewódzkiego.
Mówiono też, że SLD-owski wojewoda zamierza obsadzić stanowisko partyjnym kolegą, by otwarcie nowego
szpitala było kojarzone z sukcesem rządzącej koalicji. Stąd domysły, że dyrektorski stołek szykowany jest dla
Stanisława Jarmolińskiego.
Nie odwoływać
O opinię w sprawie sytuacji w szpitalu wojewoda poprosił wszystkie związki zawodowe działające na terenie
ZOZ-u. Komisja Zakładowa NSZZ ÄSolidarność" stwierdziła w nadesłanym do wojewody piśmie, że brak
uzasadnienia dla wniosku o odwołanie dyrektorów ZOZ-u z pełnionych stanowisk, a także, że posunięcie takie
byłoby niekorzystne dla zakładu. ÄRodzaj i charakter uchybień nie uzasadnia stawiania wniosku o odwołanie
dyrektorów ZOZ-u ze swoich stanowisk. Do Komisji Zakładowej NSZZ ÄSolidarność" nie napłynęły żadne
skargi na dyrekcję ZOZ-u. Dostrzegamy znaczący wkład dyrekcji ZOZ-u w sukces, jakim jest szybki postęp prac
w budującym się nowym szpitalu" - napisali związkowcy z ÄSolidarności". Podobny był wydźwięk
większości pism, które nadeszły do urzędu wojewódzkiego w tej sprawie. Przeciwna odwołaniu dyrekcji
szpitala była także Rada Nadzorcza ZOZ-u.
Decyzja w teczce
Nie licząc się jednak z opinią związków zawodowych ani Radą Nadzorczą ZOZ-u, wojewoda podjął decyzję w
sprawie odwołania Cezarego Wojsławskiego ze stanowiska dyrektora ZOZ-u w Nowym Targu. Decyzję taką
przywiózł w teczce do stolicy Podhala 13 września wicewojewoda nowosądecki Mieczysław Kiełbasa,
któremu towarzyszył zastępca dyrektora Wydziału Zdrowia Urzędu Wojewódzkiego w Nowym Sączu, Marian
Kulig. Odwołanie nie było w żaden sposób umotywowane. Jednocześnie pełnienie obowiązków dyrektora od
17 września do końca tego roku, powierzono Jerzemu Mroczce. Od stycznia 1997 r. dyrektorski stołek
zajmie najprawdopodobniej osoba wyłoniona w konkursie.
Spełnione przewidywania
- Już po spotkaniu w sierpniu spodziewałem się takiej decyzji ze strony wojewody. Dobrze, że już zapadła.
Ostatnie tygodnie nie sprzyjały normalnej pracy. Kontrole, wyjaśnienia zabierały dużo czasu - stwierdził
Cezary Wojsławski.
- Wojewoda podjął decyzję w sposób arbitralny, nie licząc się z naszą opinią, ale ma takie prawo - powiedział
Mieczysław Olcoń, przewodniczący Rady Nadzorczej nowotarskiego ZOZ-u. - Otrzymaliśmy jednocześnie
zapewnienia wojewody, że inwestycja, jaką jest budowa szpitala, pozostanie w Nowym Targu i że Wojewódzka
Dyrekcja Inwestycji na pewno jej nie przejmie - dodał.
Cezary Wojsławski pozostanie na etacie w nowotarskim szpitalu. Będzie pracował na oddziale chirurgii.
Beata Zalot

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
Krajobraz Górski - otwarcie
Fotografowanie staje się coraz łatwiejsze, ale zrobienie dobrego zdjęcia jest bardzo trudne - taką opinię
wyraził jeden z jurorów po obejrzeniu wszystkich 390 prac nadesłanych przez 59 uczestników XVI
Ogólnopolskiego Konkursu Fotograficznego ÄKrajobraz Górski" 1996.
Tegoroczne jury konkursu poddało zdjęcia bardzo surowej ocenie i na wystawę zakwalifikowało tylko 73
fotografie 28 autorów. Najczęstsze przyczyny dyskwalifikacji zdjęć, to pospolite błędy techniczne oraz
bezrefleksyjne podjęcie tematu. Wśród amatorów można to złożyć na karb braku doświadczenia oraz
niedostatecznego rozeznania w najnowszych osiągnięciach fotografii krajobrazowej, wśród profesjonalistów -
zawiniła być może rutyna.
Ogromna większość fotografii kolorowych niebezpiecznie zbliża się do pocztówkowego banału i tylko
nieliczne bronią się rzetelnością dokumentu, ale nie były to prace zdobywające najwyższe uznanie komisji
konkursowej. Niezmienną pozostaje idea konkursu, którą przed laty sformułował jego partron Jan Suderland -
fotografia uczy odkrywać w naturze te wartości, których bez pomocy dzieł sztuki byśmy nie dostrzegli.
Na konkurs nadesłano zdjęcia kolorowe i monochromatyczne. Wśród tych pierwszych pojawia się nurt, który
można by nazwać fotomalarstwem. Jest on na tyle nowy, że jeszcze niezdefiniowany i stąd niezbyt wyraźnie
zaznaczony, ale jego przykład można wśród wystawionych prac zauważyć. Odnosi się wrażenie, że
fotografia zbliża się ku malarstwu i to zacieranie się granic jest frapujące zarówno dla twórców jak i dla
odbiorców sztuki fotograficznej.
W inną stronę podąża fotografia monochromatyczna, która ograniczając się do stopniowania jednej barwy stara
się wysublimować z fotografowanej materii pewien znak, symbol graficzny, wybierając rytm, pogłębiając
cień, wzmacniając światło. Ciekawe i piękne osiągnięcia w tym kierunku również można znaleźć na
wystawie.
Konsekwencja, z jaką Miejski Ośrodek Kultury w Nowym Targu - przy merytorycznej współpracy ze
Związkiem Polskich Artystów Fotografików - organizuje konkurs nieprzerwanie od szesnastu lat sprawia, że
wpisał się on trwale w krajobraz polskiej fotografii, a poziom artystyczny wystawy jest satysfakcjonujący dla
wszystkich interesujących się fotografiką krajobrazową.
mik

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
Nowy Targ w Bratysławie
17 września z inicjatywy ambasady i Instytutu Polskiego w Bratysławie, a także Euroregionu ÄTatry" odbyła
się promocja Nowego Targu. Ma ona uświetnić obchodzony w tym roku jubileusz 650-lecia miasta.
Wydarzenie to zbiegło się z wizytą ministra spraw zagranicznych Dariusza Rosatiego na Słowacji.
Głównym akcentem promocji było otwarcie wystawy twórczości artystów nowotarskich XIX i XX wieku,
którą przygotowała Galeria ÄJatki". Wystawiono prace Juliusza Bełtowskiego, Michała Rekuckiego, Anny
Dobrzańskiej, Stanisława Marciniuka, Stanisława Kuskowskiego, Marianny Beleć-Kuskowskiej, Teresy
Zydroń i Zofii Dudzińskiej. Znalazło się także miejsce na pokazanie plakatów Józefa Morszczuka. Wystawie
towarzyszyły również występ zespołu ÄŚwarni" i prezentacja wydawnictw o Nowym Targu.
(aza)

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
Orawskie dożynki
Jednymi z ważniejszych świąt dorocznych w obrzędowości ludowej są dożynki. Jest to uroczystość
zakończenia żniw. W zależności od regionu dożynki przybierają różne nazwy: na Orawie - hołdomas, w
okolicach Rabki i w Gorcach -ograbek, u Babiogórców - hołdonos.
Tradycja zwyczaju dożynkowego najprawdopodobniej sięga czasów przedchrześcijańskich i jest następstwem
magicznych obrzędów, które były odprawiane dla zapewnienia urodzaju i dostatku. Wiele zabaw i pieśni
dożynkowych związanych jest z okresem pańszczyźnianym. Na zakończenie żniw właściciel ziemski urządzał
zabawę przy muzyce i poczęstunek dla żniwiarzy. Ze zboża, kwiatów, owoców i wstążek robiono wieńce
dożynkowe i zanoszono dziedzicowi. Dzisiaj zanosi się je do kościoła i poświęcone tam się zostawia.
***
W minioną niedzielę, 15 września br. w Orawce odbyły się uroczystości dożynkowe Gminy Jabłonka.
Prawie ze wszystkich miejscowości do Jabłonki przyjechały przyozdobione furmanki. Mimo padającego
deszczu korowód przejechał do Orawki, gdzie odbyła się uroczysta Msza święta z poświęceniem wieńców
dożynkowych i płodów rolnych. Dopełnieniem uroczystości była inscenizacja przedstawiająca prace polowe
od sadzenia ziemniaków, poprzez siew zboża aż do ich zbiorów i wypieku domowego chleba. Przedstawienie
to przygotowała pani Emilia Joniak z dziećmi ze Szkoły Podstawowej w Orawce. Przy takiej okazji nie
mogło zabraknąć również muzyki góralskiej. Tym razem gośćmi byli ÄSkalni", wśród których nie zabrakło
Marcina Kowalczyka z Lipnicy Wielkiej i Joasi Żurek z Lipnicy Małej.
W godzinach popołudniowych w Jabłonce obchodzono jubileusz 30-lecia Parku Tysiąclecia. Podczas
uroczystości, wójt Julian Stopka wręczył nagrody żyjącym twórcom Parku - Andrzejowi Madei, Andrzejowi
Haniaczykowi, Zofii Madei, Helenie Komońskiej, Janowi Halaczowi, Adamowi Matyi, Feliksowi Witkowi i
Annie Haniaczyk.
Szkoda, że niedzielne święto nie było radosne dla Orawiaków; ze względu na długotrwałe opady deszczu na
polach pozostało siano i zboże. Na zagonach gniją ziemniaki. Czy to były prawdziwe dożynki?
Jolanta Flach

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
Konsekracja kościoła w Kamesznicy
Kamesznica - miejscowość położona w Beskidzie Żywieckim pod Baranią Górą.
Proboszczem jest tutaj ksiądz Władysław Zązel - kapelan Związku Podhalan, a przed dwudziestu laty
wikariusz w kościele p.w. Św. Rodziny w Zakopanem.
Starania o zezwolenie na budowę kościoła datują się od 1935 roku, a pierwsze wzmianki sięgają 1912 roku. I
dopiero w 1985 roku 12 września, w święto Matki Boskiej dokonano wmurowania kamienia węgielnego
poświęconego w Rzymie w 1980 roku przez papieża Jana Pawła II. W dokumencie wymienieni są wszyscy
sprawujący w tym czasie godności kościelne, a więc papież Jan Paweł II, prymas kardynał Józef Glemp,
kardynał Franciszek Macharski i biskupi: bp. Jan Pietraszko, bp. Julian Groblicki, bp. Albin Małysiak, bp.
Kazimierz Górny, bp. Stanisław Smoleński i proboszcz w Kamesznicy ksiądz Władysław Zązel.
Uroczystego poświęcenia Kościoła Parafialnego p.w. imienia Najświętszej Marii Panny w Kamesznicy
dokonał w dniu 14 września 1996 r. J. E. biskup Tadeusz Rakoczy - ordynariusz Diecezji Bielsko -
Żywieckiej.
W czasie homilii biskup wypowiedział piękne słowa: ÄZa ofiary wygrzebane ze szklanej ziemi powstał ten
Dom Boży". Bo przecież mieszkańcy Kamesznicy ofiarnie i bezinteresownie wybudowali ten przepiękny
kościół, a ksiądz proboszcz Stanisław Zązel z oddaniem sprawował opiekę nad budową, pamiętając
równocześnie o innych swoich powinnościach wynikających z funkcji Kapelana Związku Podhalan.
Docenili to wszyscy - i księża i władze państwowe i mieszkańcy Kamesznicy, którzy tłumnie zebrali się na
uroczystości.
Docenili to też Podhalanie i na tę wzniosłą uroczystość poświęcenia kościoła parafialnego w Kamesznicy
przyjechali wszyscy, którzy mogli: senator Franciszek Bachleda Księdzulorz, poseł Andrzej Gąsienica
Makowski, który w swym wystąpieniu podziękował księdzu Władysławowi Zązlowi za jego posługi i oddanie
dla Związku Podhalan i członkowie z Oddziałów Związku Podhalan ze swoimi sztandarami, między innymi z
Zakopanego, Łopusznej, Nowego Targu, Bukowiny Tatrzańskiej, Wróblówki, Czarnego Dunajca, Murzasihla,
Rabki i Szczawnicy, który to Oddział ofiarował dla kościoła piękny ornat.
Po Mszy świętej J. E. biskup Tadeusz Rakoczy dokonał poświęcenia nowego sztandaru Oddziału Górali
Żywieckich Związku Podhalan.
Sztandar został wykonany przez panią Martę Gąsienicę Szostak z Zakopanego. Na jednej stronie sztandaru jest
Matka Boska Zwycięska i napis: ÄPANI NA KAMESZNICY - ZWYCIĘŻYŁAŚ - ZWYCIĘŻAJ". Jest to
kopia obrazu Matki Boskiej na Kahlenbergu. Na drugiej stronie jest spinka żywiecka i napis: 1926 - 1996
ZWIĄZEK PODHALAN ODDZIAŁ GÓRALI ŻYWICKICH - MILÓWKA. Tak więc już od 70 lat istniał na
tych ziemiach Związek Podhalan Żywieckich. Łączy on kilka miejscowości między innymi Kamesznicę,
Milówkę, Węgierską Górkę. Po przerwie w działalności został reaktywowany w 1994 r., a nowy sztandar
tego oddziału jest zarejestrowany jako dwudziesty sztandar Związku Podhalan.
Helena Galicowa

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
W Jabłonce
Ośrodek Pomocy Społecznej w Jabłonce od 1990 roku podlega Urzędowi Gminy. Na około szesnastu tysięcy
mieszkańców, posiada on cztery osoby pracujące w terenie.
Z zasiłków stałych korzysta na terenie gminy 87 osób, z czego najwięcej wypłaca się z tytułu inwalidztwa
uzyskanego przed ukończeniem osiemnastego roku życia. Z zadań zleconych - realizujących program rządowy
- osobom będącym przejściowo w trudnej sytuacji materialnej przysługuje zasiłek okresowy.
Prócz środków uzyskanych Äz zewnątrz", w budżecie gminnym rezerwuje się pewną pulę pieniędzy na tak
zwane zasiłki celowe, przyznawane uznaniowo. Korzystają z niego między innymi pogorzelcy. Część tych
środków przekazywana jest na dożywianie w szkole dzieci z rodzin niezamożnych. Do tej pory z tej formy
pomocy korzystało 152 dzieci.
Z dniem 15 września br. weszła w życie nowa ustawa dotycząca opieki społecznej.
jof

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
Odcięci od świata
Ponieważ jestem współwłaścicielem budynku położonego u wylotu Doliny Białego przy Drodze pod Reglami
w Zakopanem oraz zostałem upoważniony przez moją siostrę Marię Wielopolską i mojego syna Andrzeja
Wielopolskiego, stałych mieszkańców w/w posesji, postanowiłem opisać naszą sytuację po zawaleniu się
drewnianego mostu przed naszym domem w dniu 1 sierpnia 1996 r.
Pierwszy raz most załamał się w 1995 roku pod samochodem śmieciarką. Od tego momentu systematycznie
pojawiały się dziury w zgniłych belkach, które systematycznie naprawiałem.
Jak mnie informował p. leśniczy z Doliny Strążyskiej, od dwóch lat dyrekcja TPN była powiadamiana o
konieczności remontu mostu w Dolinie Białego lecz nikt tym się nie przejmował.
Ciągle obawiałem się, że może dojść do nieszczęścia. I wreszcie stało się. Most załamał się pod lekkim
ÄMultikarem", wiozącym 1 tonę węgla. Most ten był jedyną możliwością dojazdu i dojścia do naszego domu
oraz wejścia do Doliny Białego, przy której pobiera się opłaty za wstęp.
Po tym wypadku pojawili się pracownicy TPN, którzy założyli prowizoryczną kładkę, kierując ruch
turystyczny przez nie ogrodzoną część naszej działki. Ponieważ po obfitych opadach deszczu przejście to
staje się niemożliwe (śliskie, strome i błotniste) turyści znaleźli wygodniejsze przejście, także przez część
naszej posesji.
Po ostatnich ulewach zostaliśmy pozbawieni jakiekolwiek dostępu do domu (prowizoryczna kładka znalazła
się pod wodą). Zbliża się zima, do tej pory nie mamy węgla, ani jakichkolwiek innych zapasów zimowych.
Nie ma dojazdu na wypadek pożaru domu lub lasu, na wypadek nagłej choroby kogokolwiek z nas.
Wnioskuję, że TPN czerpiąc znaczne dochody ze wstępów, w tym także do Doliny Białego, powinien w jak
najszybszym czasie wyremontować most stosunkowo niewielkim kosztem, biorąc pod uwagę możliwość
pozyskania drewna. Chodzi jedynie o podjęcie jak najszybszych decyzji, bo w zimie teren ten stanie się
zupełnie niedostępny dla nikogo.
J. Zygmunt Wielopolski

FORUM CZYTELNIKÓW -Przeczytałeś? Napisz, co myślisz!
12. września otrzymaliśmy pismo w sprawie wyciągu na Galicowej Grapie,
skierowane 27. czerwca br. do Urzędu Gminy w Poroninie. Treść pisma w całości
publikujemy niżej.
Galicowa Grapa do rozbiórki
W styczniu 1996 roku przesłałem pismo do Urzędu Gminy w Poroninie w sprawie wyciągu orczykowego,
będącego teraz własnością gminy, a utytułowanego na mojej działce, na stokach Galicowej Grapy.
Pomimo upływu 6 miesięcy nie doczekałem się odpowiedzi z Waszej strony. Przypominam, że Kodeks
Postępowania Administracyjnego zobowiązuje do bezwarunkowej odpowiedzi w terminie miesiąca.
W razie nie spełnienia przez Urząd Gminy moich żądań w terminie dwóch miesięcy od wpłynięcia niniejszego
pisma, wraz z ekipą budowlaną bezzwłocznie demontujemy część wyciągu, która biegnie przez moją działkę!
Kosztami demontażu obciążę Konto Urzędu.
Dwadzieścia lat bezprawnego korzystania z lokalizacji wyciągu, który biegnie przez mą działkę, zmusza mnie
do sięgnięcia po drastyczne środki (rozbiórka wyciągu). Przypominam, że przez te wszystkie lata z tytułu
lokalizacji wyciągu nie dostałem ani złotówki!!!
Poprzednie lata właścicielem wyciągu był zakopiański COS. Po nim wyciąg przejął Urząd Gminy w
Poroninie. Za użytkowania wyciągu przez COS, okres tzw. realnego so